Azjatyckie marzenie we trójkę, 
czyli rodzinnie po Tajlandii i Kambodży

IZA:
wielkie marzenie…
Jednym z największych moich marzeń była podróż po Azji z aparatem fotograficznym w ręku. Opowieści znajomych, którzy zwiedzili tę część świata, wywoływały u mnie samonakręcającą się chorobę. Objawy może nie były przerażające, ale trudne do opanowania w warszawskiej rzeczywistości: nagminne śledzenie blogów podróżniczych, nerwowe przeglądanie przewodników, hipnotyzująca analiza zdjęć znajomych i tęsknota tak silna, że wywoływała u mnie prawie fizyczny ból.
Ale w podróż nie chciałam jechać sama. Koło mnie miał znaleźć się niespełna czteroletni Iwo i jego tata – Roland.

przygotowania
O ile decyzja o wyjeździe została podjęta bardzo szybko, o tyle przygotowania zajęły nam bardzo dużo czasu. Kompletnie nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać. Opowieści znajomych tak bardzo różniły się od siebie, że ciężko było jednoznacznie stwierdzić, co będzie najbardziej istotne podczas podróży z czterolatkiem. W efekcie  zabraliśmy ze sobą mnóstwo rzeczy. Jak się później okazało, o wiele za dużo.
Obraliśmy najbardziej typowy kierunek azjatycki, czyli Bangkok. Do plecaka wrzuciliśmy przewodniki po Tajlandii i Kambodży. Decyzję, gdzie dotrzemy, chcieliśmy podejmować na bieżąco, kierując się głównie intuicją.

podróż samolotem poszła jak z płatka
Niewiele szczegółów pamiętam z tej podróży. W pamięci pozostało mi ogarniające nas wszystkich podniecenie i dwie głowy śpiące na moich ramionach z obu stron. Zaledwie kilkanaście godzin w samolocie i zaczęła się nasza trzytygodniowa przygoda w wymarzonej Azji. Prosto z lotniska pojechaliśmy do hotelu, w którym zarezerwowaliśmy pokój. Był to jedyny zaplanowany przez nas wcześniej nocleg i jedyny hotel z wyższej półki podczas całej podróży. Później przenieśliśmy się do bardzo taniego hostelu w turystycznym sercu backpackersów, niedaleko znanej wszystkim turystom ulicy Khao San. Miejsce to tętni życiem całą dobę. Uśmiechnięci, barwni europejczycy emanują pogodą ducha i spokojem. Tak naprawdę, w tym właśnie miejscu, zaczęła się nasza azjatycka przygoda.

oj jak gorąco
Wyziębione polską zimą małe ciałko Iwo miało problemy z przyzwyczajeniem się do upałów. Gęste i parne powietrze Bangkoku wywoływało u niego rozdrażnienie i zmęczenie. Staraliśmy się często robić przerwy w klimatyzowanych knajpkach, gdzie pochłanialiśmy duże ilości zimnej wody. Dla mnie powietrze Bangkoku było rarytasem. Zachłannie smakowałam spełniające się marzenie i nie mogłam się powstrzymać przed ciągłym fotografowaniem napotkanych obrazów.

dzień czy noc
Przez pierwsze trzy dni Iwo zasypiał wszędzie tam, gdzie jego ciało przypomniało sobie o różnicy czasu: na krześle w biurze podróży, na stole w miejscowej knajpce, w tuk tuku. Miejsce nie miało dla niego znaczenia. Po kilkudziesięciu minutach budził się i znów zaczynał patrzeć wielkimi oczami na zadziwiający go świat.

fascynacja
Nie tylko z oczu Iwo sączyła się fascynacja. Cała nasza trójka nastawiła wszystkie zmysły na najwyższy poziom odbioru wrażeń. Fascynacja pojawiała się również w spojrzeniach wymierzonych w naszym kierunku. Iwo, wtedy jeszcze blondynek o falowanych włosach, prawie białej skórze i wielkich błękitnych oczach, budził wielką sensację. Azjaci uwielbiają dzieci i wierzą, że dotknięcie dziecka przynosi szczęście. Biały chłopiec przypominał im chyba anioła. Dotykali go non stop wydając przy tym okrzyki zachwytu i częstując nas pięknymi azjatyckimi uśmiechami. Na początku Iwo był trochę przerażony tym sposobem okazywania zainteresowania, ale później znosił to dzielnie. Podczas pewnej podróży tuk tukiem po Bangkoku, kierowca jadącego koło nas samochodu pomachał do Iwo i podał mu przez otwarte okno maskotkę.

Koh Chang
czyli Wyspa Słoni, którą przechrzciliśmy na RAJ NA ZIEMI, była pierwszym miejscem, gdzie zatrzymaliśmy się po kilku dniach spędzonych w Bangkoku. Wynajęliśmy bardzo tani domek, który nie zachwycał ani wygodami, ani czystością. Jednak jego położenie rekompensowało wszelkie niedogodności, nawet brak ciepłej wody w kranie, czy znalezione w materacu nieznane, niewielkie insekty. Wystarczyło otworzyć drzwi naszej chatki, by móc upajać się zapachem i widokiem morza. Kilka dni delektowaliśmy się słońcem w środku stycznia, bajecznie soczystymi owocami, hamakiem, książką, wypadami na skuterze we trójkę w różne zakątki wyspy i cudownym tajskim jedzeniem. Znaleźliśmy targ, na którym kupowaliśmy świeżutkie owoce oraz drób i ryby z grilla. Wszystko było przepyszne. Zrobiliśmy Iwo niespodziankę i wykupiliśmy przejażdżkę na słoniu, która na długo zapadła w jego pamięci. Wybraliśmy się również pierwszy raz do dżungli z wynajętym przewodnikiem. Podczas całodniowej wycieczki mały pił wodę ze świeżo obciętej gałęzi drzewa, huśtał się na lianie, trzymał w ręku wielkiego futrzastego pająka i karmił bananami dzikie małpki. Ogrom wrażeń i zachwytu ledwo mieścił się w jego małej główce. Powrót z wycieczki okazał się jednak trochę męczący, ponieważ Iwo nie miał już siły chodzić na własnych nogach. Całą drogę powrotną nieśliśmy go na zmianę z przewodnikiem.

granica Tajsko-Kambodżańska
Prosto z ukochanej wyspy pojechaliśmy do Siem Reap, najbardziej znanego miasta w Kambodży. Jest miejscem wypadowym do Angkoru, wpisanego na listę UNESCO, przepięknego zespołu świątynnego, którego najstarsze części pochodzą z IX wieku. Podróż autokarem trwała ponad 12 godzin, które wydawały się wiecznością. Jednak do granicy z Kambodżą warunki podróży były całkiem dobre. Dopiero na przejściu granicznym Azja ukazała swoje czarne strony. Upał dawał się nam potwornie we znaki, było ponad 40 stopni Celsjusza i bardzo trudno było znaleźć zacienione miejsce. Musieliśmy przebrnąć przez wiele punktów straży granicznej, w celu uzyskania pozwoleń, stempli, czy kolejnych wskazówek. W całej procedurze towarzyszył nam opiekun, który od czasu do czasu wymownie patrzył na nasze dziecko i przekonywał do zapłacenia kolejnej łapówki, która miała pomóc w szybszym załatwieniu formalności. Był pierwszym poznanym azjatą, któremu bałam się zaufać. Roland prowadził negocjacje, a ja starałam się uchronić Iwo przed stresującą atmosfera tych dyskusji. W sumie spędziliśmy w takich warunkach około 3 godziny i zrozumieliśmy, dlaczego na przejściu granicznym nie spotkaliśmy żadnego innego białego dziecka. Zdecydowanie nie polecam takiej przygody z maluchem. Do Kambodży lepiej dostać się samolotem i wszystkie formalności załatwić sprawnie na lotnisku. Po przejściu granicy musieliśmy dojść do autokaru, który nie zachęcał do wejścia do środka, a pierwsze chwile podróży wywołały ciarki na całym ciele. Kierowca gnał jak szalony, wyciskając wszystko, co było można z rozwalającego się pojazdu, nie przestrzegając żadnych przepisów ruchu drogowego. Jedyna zasada jakiej przestrzegał, było wymuszanie pierwszeństwa z wciśniętym pedałem gazu. Po kwadransie drogi utworzył się niewielki korek. Później zauważyliśmy, jaki był tego powód. Na drodze leżał czarny worek zakrywający zwłoki ofiary wypadku drogowego.
To był jeden z tych momentów naszej podróży, kiedy poczułam strach o nas, a przede wszystkim o Iwo. 

Angkor Wat
- słynny zespół świątynny jest bardzo turystycznym miejscem, przez które niełatwo przebrnąć z maluchem przy ponad 40 stopniach Celsjusza i tłumie turystów. Ciężko było zainteresować dziecko kamiennymi pozostałościami po dawnym królestwie Khmerów. Uwagę Iwo zwróciły za to piękne małe Khmerki, które bawiły się na gałęzi drzewa naprzeciwko jednej ze świątyń i pozowały do zdjęć turystom. Ich mama sprzedawała gotowaną kukurydzę. Obserwowaliśmy białych turystów, którzy po intensywnych negocjacjach dobijali targu przy cenie pół dolara za kolbę i z dumą wbijali zęby w soczyste żółte kuleczki. Wydawało nam się to tak niestosowne, że zjedliśmy po dwie kolby po 2 dolary  za sztukę i daliśmy dziewczynkom butelkę mineralnej wody. Piły ją jakby była rarytasem.
Widok niedokarmionych, brudnych dzieci był dla mnie najtrudniejszą rzeczą podczas pobytu w Kamboży. Oczywiście ich rodzice dobrze zdają sobie sprawę z emocji, jakie ich maluchy budzą u białych turystów i wykorzystują to na każdym kroku. Już czterolatki trudnią się sprzedażą przeróżnych przedmiotów. Oprócz kilku apaszek nabyłam bransoletkę, zawieszkę z kolorowego papieru (która do tej pory buja się na lusterku w moim samochodzie) i wiele innych niepotrzebnych przedmiotów. Po tych zakupach szybko doszliśmy do wniosku, że moja kieszeń nie jest dobrym miejscem na przechowywanie naszego wakacyjnego budżetu. 

pływające wioski
Po Angkorze poruszaliśmy się tuk tukiem. Pomimo tego, że kupiliśmy bilety na 3 doby, zrezygnowaliśmy z ostatniego dnia zwiedzania Angkoru i poprosiliśmy Sunlee - naszego kierowcę, żeby zabrał nas w miejsce, gdzie będziemy mogli zobaczyć prawdziwe kambodżańskie życie. Z workiem zeszytów i ołówków popłynęliśmy na jezioro Tonle Sap, które zamieszkują najbiedniejsi Khmerzy. Jednoizbowe domy na tratwach są schronieniem dla kilkupokoleniowych rodzin. Jezioro służy im za łazienkę i kuchnię jednocześnie. Domy pozbawione są kompletnie intymności. Podpływając na odległość kilkunastu metrów mogliśmy bez problemu obserwować codzienne życie mieszkańców. Prawie w każdym domu kobiety i dzieci były zajęte przygotowaniem jedzenia, bądź siedzeniem i obserwowaniem płaskiej tafli jeziora. Napotkani mężczyźni stali do pasa w wodzie. Używając tradycyjnych sieci łowili ryby, które są podstawowym pożywieniem całych rodzin oraz najczęstszym środkiem płatniczym.
Nagle Sunlee krzyknął kilka słów po khmersku i nagle z każdej strony zaczęły płynąć w naszą stronę małe łódeczki wypełnione dziećmi. Iwo rozdawał prezenty rówieśnikom z nieukrywanym zdziwieniem. Szczęśliwe maluchy dziękowały uśmiechem i charakterystycznym ukłonem ze złożonymi dłońmi. Obserwowałam tę scenkę trochę z boku, a silne emocje malujące się na mojej twarzy starałam się ukryć za aparatem fotograficznym.

Srei-nei, czyli piękna (nei) dziewczyna (srei)
Po pierwszym wspólnie spędzonym dniu Sunlee zapytał, czy mógłby zaprosić na nasze wycieczki swoją dziewczynę. Oczywiście zgodziliśmy się. Lekko speszona młodziutka Kambodżanka wystrojona w europejski zestaw, czyli dżinsy i koszulkę oraz z przesadnie kolorowymi paznokciami, towarzyszyła nam do końca naszej wyprawy po okolicach Siem Reap. Staraliśmy się ją ośmielić i zainicjować rozmowę na różne sposoby używając przy tym głównie języka niewerbalnego. Srei-nei podczas wycieczki była speszona i zawstydzona, jednak po skończonej wyprawie okazała nam wdzięczność najpiękniej, jak mogliśmy sobie wyobrazić. Razem z Sunlee zaprosili nas do domu na kolację. Przyjechaliśmy tuk tukiem do „osiedla” kilku baraków z falistej blachy. Jeden z nich wynajmował Sunlee razem i innymi pięcioma młodymi mężczyznami. Przed barakiem była jadalnia składająca się z dużego stołu, który zaraz po naszym przyjściu został przykryty wielkim dywanem. Oprócz nas na stole zasiedli po turecku znajomi z baraku.  Na stole pojawiły się przepyszne, intensywnie pachnące ziołami potrawy. Był to głownie ryż, ryby i warzywa. Jedliśmy te pyszności rękoma maczając wszystko w różnych sosach wypalających podniebienie. Iwo nauczony, że je tylko to, co mu pozwolimy, zawsze czekał, aż któreś z nas wsunie mu do ust wybrany kąsek. Polskim zwyczajem kupiliśmy dla gospodarzy kilka butelek piwa, które na warunki azjatyckie jest potwornie drogie (kosztuje podobnie jak u nas) i jest jedynym alkoholem, które można znaleźć w sklepach. Po przekazaniu prezentu wszystkie oczy zebranych gości uśmiechnęły się do nas najpiękniejszym azjatyckim uśmiechem, jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Po wypiciu po szklaneczce śpiewali nam khmerskie piosenki pomagając sobie podkładem muzycznym z komórki. Było to magiczne spotkanie. Nasi azjatyccy znajomi poczęstowali nas cudowną azjatycka życzliwością i pogodą ducha. Naprawdę ciężko było się rozstać, zwłaszcza, że następnego dnia opuszczaliśmy już Siem Reap.

stolica  kontrastów
Phnom Phnem dla mnie to zdecydowanie miasto numer jeden na mapie naszych kambodżańskich spacerów. Nie mogłam się nadziwić jak to możliwe, by w jednym mieście zmieściło się tyle kontrastów. Z jednej strony często spotykane na Lexusy, a z drugiej rodziny z dziećmi układające się wieczorem do snu na chodnikach. Na jednej ulicy piękne pałace i chatynki z kilku patyków i kawałka folii.  Dwa dni szwendaliśmy się po ulicach zapisując w naszych głowach niewiarygodne kadry biedy i bogactwa, które jak stare dobre małżeństwo towarzyszyły sobie na każdym kroku w zgodzie i milczeniu.
To miasto kompletnie mnie urzekło. Obiecałam sobie, że na pewno do niego wrócę, wrócimy.
Co prawda, do Phnom Phnem nie wróciłam, ale wróciłam do Azji, ale o tym może kiedy indziej…

IWO

Pamiętam jak karmiłem słonie bananami. Pamiętam nasz domek na wyspie słoni. Iwo, Roland i Iza byli w łódce. Pamiętam jak rozdawałem dzieciom zeszyty, kredki, długopisy, piłki i temperówki. Jak przyjechaliśmy do restauracji łódką. Pamiętam jak jeździliśmy na słoniach i karmiłem małpkę.

ROLAND

Ta podróż okazała się początkiem mojego nowego nałogu o nazwie: Azja Południowo-Wschodnia. Już pierwsza podróż w te rejony uzmysłowiła nam, że jest takie miejsce na Ziemi, gdzie czujemy się jak u siebie w domu. Dlaczego? Wyczerpującej odpowiedzi nie sposób niemal udzielić. To tak jak z układaniem puzzli: z tysiąca elementów jeden pasuje, a wszystkie inne nie. Gdyby jednak próbować zdefiniować, znaleźć najważniejszy powód tej wspaniałej „kompatybilności” , napisałbym tak: LUDZIE. Mentalność ludzi tego regionu to połączenie radości życia ze skromną łagodnością. To prostota patrzenia na świat, umiejętność cieszenia się z najmniejszych rzeczy. To – tak trudna do osiągnięcia dla nas, ludzi Europy, naturalna harmonia, równowaga wewnętrzna. Rzeka ich myśli jest przejrzysta, duch i ciało pogodzone ze światem. To zgoda na los nie ma nic wspólnego z rezygnacją, nawet najubożsi, nawet najciężej pracujący wybuchają promiennym uśmiechem przy najbardziej błahej i banalnej okazji, epatują łagodnością i spokojem. Mieszkańcy Indochin odbierają rzeczy TAKIMI, JAKIE ONE SĄ, przyjmują je ze spokojem. Czy to buddyzm ukształtował ich postrzeganie świata? Z moim religijnym sceptycyzmem powiedziałbym, że wręcz odwrotnie: to ludy tego regionu zdołały dać światu religię, w której istotą jest rozwój duchowy prowadzący do wyzwolenia się z cierpienia, spojrzenie w siebie i łagodne, pełne szacunku traktowanie wszystkich żyjących istot. Schodząc nieco na Ziemię: ich dystans do siebie samych, a także do wszystkich i wszystkiego dookoła, w połączeniu z wrodzoną łagodnością okazał się dla nas najbardziej uzależniająca mieszanką. W kolejnych podróżach przekonaliśmy się tylko, że jest to postawa charakterystyczna dla całego tego regionu, może najmniej widoczna w Wietnamie, a najbardziej w Laosie.

Kuchnia:
Kuchnia Indochin, a zwłaszcza tajska to ogromna różnorodność i wyrazistość smaków, a przy tym jaka uczta dla oka! Czy możliwa jest kuchnia, której cechuje jednocześnie prostota i różnorodność? Potrawy przyrządzane są z najłatwiej dostępnych składników, przez co dania i smaki różnią się w znacznie w zależności od dostępności danych składników w danym miejscu czy o danej porze roku. Mimo to prawie wszędzie poczujemy w ustach charakterystyczny smak mleczka kokosowego i trawy cytrynowej oraz świeżych ziół, których nazw nie bylibyśmy nawet w stanie powtórzyć. Zupy- od ostrych po słodko-kwaśne, przyrządzany na tysiąc sposobów drób i ryby doprawione żółtym, zielonym, czy czerwonym curry. A wszystko to z ryżem, najczęściej w ulubionej przez nas postaci „sticky-rice”. Nawet najprostsze potrawy są ozdabiane świeżymi liśćmi, kawałkami warzyw czy owoców. Owoce zaś to temat na osobny artykuł, ogromnej części z nich nigdy wcześniej nie widzieliśmy na oczy! Charakterystyczne kolczaste potężne duriany, soczyste rambutany, perfekcyjnie gaszące pragnienie kwaskowate langsaty… nawet doskonale nam znane pomelo, mango (w samej Tajlandii ponad dwadzieścia odmian!), czy arbuzy smakują tam cudowniej, jakby były jakimiś zupełnie innymi owocami. Najbardziej przypadły nam do gustu krzaczki longanów jako zamiennik chipsów do piwa!
W ramach kuchni ekstremalnej, nie omieszkaliśmy też skosztować smażonej szarańczy, karmelizowanych pająków czy… żywych larw rozkosznie strzelających przy rozgryzaniu J. Nie każdy dał się przekonać…
Kuchnia khmerska jest mniej pikantna i chyba jednak trochę mniej różnorodna od tajskiej, co wynika z faktu, że Tajowie zapożyczyli wiele składników spoza regionu (np. papryczki chili). Podstawą kuchni kambodżańskiej jest prahok, czyli sfermentowana pasta rybna dodawana głównie do sosów. Również i tu królują zupy. Z przypraw często stosuje się korzeń galangalu (świeży lub sproszkowany) przypominający smakiem imbir. W regionie popularny jest sok z trzciny cukrowej wyciskany na naszych oczach przez lokalnych sprzedawców.
Smaki tego regionu przypadły nam do gustu tak szybko i tak naturalnie, jakby nasze żołądki były wręcz stworzone dla tej kuchni.

Jak przygotować do się do podróży od strony medycznej i bezpieczeństwa
To mi, jako ratownikowi medycznemu, przypadła odpowiedzialność za optymalne przygotowanie nas do tej podróży od tej strony.

Szczepienia: na minimum 2-3 miesiące przed planowanym wyjazdem koniecznie należy udać się do lekarza medyny tropikalnej. Należy wykonać szczepienia przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu A, oraz dawki przypominające przeciwko: błonicy, tężcowi i durowi brzusznemu. Warto rozważyć zaszczepienie się przeciwko wściekliźnie (przy kontaktach z dzikimi zwierzętami, zwłaszcza małpami) oraz japońskiemu zapaleniu mózgu (zwłaszcza przy podróżach w niektóre regiony Kambodży, gdzie znajdują się miejsca endemicznego występowania tej choroby)

Apteczka, którą przygotowałem ważyła co najmniej 10kg i zajmowała połowę mojego dużego plecaka… No cóż, jeśli poza standardowym zestawem leków, zabiera się ze sobą: płyny infuzyjne, zestaw do konikotomii ratunkowej, nici chirurgiczne, wenflony i inne cudeńka, inaczej być nie może. Rzecz jasna- „lekko” się zagalopowałem, ale jako, że był to nasz pierwszy wyjazd z dzieckiem, nie miałem pewności, czego się spodziewać i wolałem być przygotowany na prawie każdą możliwą ewentualność. Na kolejne wyjazdy w tamte rejony udało się nam znacznie ograniczyć wielkość podręcznej apteczki. Tak naprawdę najważniejsze jest minimalizowanie ryzyka zarażenia się malarią, a więc repelenty z wysoką (30-60%) zawartością DEET (np. mugga) oraz prewencyjne zażywanie malarone (zwłaszcza nasz synek). Jeśli w planach jest pobyt w dżungli, warto zabrać ze sobą moskitierę. W zakresie unikania ryzyka infekcji żołądkowych ważna jest jak najczęstsza dezynfekcja rąk (nieodzowne stały się małe żele antybakteryjne do rąk dostępne w większości polskich drogerii), mycie owoców i warzyw w dużej ilości butelkowanej wody. Dodatkowo warto posiadać skuteczne leki przeciwbiegunkowe, przeciwwymiotne i przeciwgorączkowe. Rzecz jasna na miejscu spożywamy tylko i wyłącznie wodę butelkowaną z plastikowymi „plombami” na szyjkach, którą stosujemy również do mycia zębów. Unikamy lodów, lodu w napojach, produktów mlecznych nieznanego pochodzenia. Staramy się nie chodzić boso i absolutnie nie pozwalamy dziecku (i sobie J) siadać nagą pupą na piasku. W przeciwnym razie narażamy się na ryzyko zakażenia pasożytami występującymi zwłaszcza w miejscach defekacji lokalnych zwierząt (larwa wędrująca, ancylostomoza, nekatoroza i inne).

Wzięliśmy też ze sobą prześcieradła, które świetnie sprawdziły się w tanich hotelach, gdzie pokojowa pościel, o ile w ogóle występuje, niekoniecznie zachęca do używania. Iwo dodatkowo miał śpiworek uszyty z cienkiej flaneli, który bardzo skutecznie chronił go przed kontaktem z hotelową pościelą i materacem.