Buntownik z wyboru czy przekory

„ Aby istnieć, człowiek musi się buntować!” Słowa te, napisanych przez Alberta Camusa można by śmiało wpisać na długą listę przekonań, a nawet reguł niejednego nastolatka. Zjawisko buntu towarzyszy nam od zawsze. Począwszy od faktów historycznych, poprzez kinematografię, muzykę, debaty polityczne a kończąc na „mamo, nie chcę tego!”. Ta niepokorność, determinacja i wiara w zmianę pozwala nam zaistnieć. Nie tylko w społeczeństwie, ale również na poziomie samoświadomości czy samooceny. Walka o inność czasami jest tak ważna, że staje się ona sens naszego istnienia. Bo bunt to nie tylko wykrzykiwanie sloganów i oczekiwanych zmian, ale również pokazanie swojej niezależności i braku bierności. Niejednokrotnie jest on także przejawem wiary w swoje racje oraz pokazaniem alternatywnych rozwiązań. I tak naprawdę nie ważne jest to, czy walka obejmuję wycofanie się wojsk z terenów zagrożonych wojną czy też możliwości wyjścia na piątkową prywatkę. Bunt pozwala nam myśleć, że poprzez nasze działania mamy wpływ na coś, co jest nam bliskie w jakimś stopniu. Bliskie na tyle, że jesteśmy gotowi podjąć ryzyko związane z głośnym powiedzeniem „nie zgadzam się z tym, potrzebne są zmiany!”.

Ale czy bunt to zawsze tylko walka o zmianę ustroju czy decyzji? Wydaje się, że kiedy spojrzymy na niego przez pryzmat nastolatków, nabiera on zupełnie nowego wymiaru. Jednym z nich jest czysta chęć przynależenia do jakieś grupy społecznej i dzielenia z nią pewnych postulatów i założeń. Trudnym wydaje się znaleźć jakąkolwiek subkulturę, która nie buntowałaby się przeciw czemuś. Zazwyczaj jest to w różnych konfiguracjach prawo do wolności. Nie tylko własnych przekonań, ale także słowa i panującego prawa. Młodzi ludzie najczęściej chcą zmian w zakresie ważnych spraw, które bezpośrednio ich dotyczą. A obszary te najprościej zawęzić do „sex, drugs and rock and roll”. Oczywiście, że nie tylko samą zabawą i przyjemnością żyją nastolatkowie. Dlatego też postulują o atrakcyjniejsze czesne, lepsze warunki pracy i niższe ceny za bilety komunikacji miejskiej. Potrafią także opowiedzieć się za ekologią i dbałością o kulturę. Fajne jest to, że inwestują swój czas i energię w to, co wierzą. Rzadkością jest spotkanie młodego człowieka, przynależącego do danej grupy buntowników, który nie do końca wiedziałby, o co chodzi. Do takich grup nie trafia się przypadkiem. W myśl powiedzenia „swój do swojego ciągnie”, młodzi ludzie szukają znajomych, mających podobne przekonania i światopogląd. Jeśli jeszcze dodatkowo podoba im się wygląd tych ludzi, to raczej możemy mówić o pełnym spełnieniu się na tym polu. Bo przynależność do jakiejś grupy to nie tylko głoszenie danych myśli i prawd, ale też chęć zaistnienia i wyróżnienia się. Jednym z łatwiejszych, przez co najczęściej stosowanych sposobów, na bycie zauważonym to niecodzienny, nieco awangardowy, strój. Czasami jego bazą są skórzane kurtki i irokezy, innym razem to białe kolanówki oraz farbowane na różowo włosy. Zasada jest jedna, ma być spójnie, ale wyraziście. I w tym miejscu najczęściej pojawia się bunt. Już nie tylko naszego nastolatka, ale i jego rodziców. Oczywiście, najczęściej dotyczy on właśnie tej „wyrazistości” prezentowanego stylu ubierania się. Tak, jak dziurawe spodnie są przez wielu do zaakceptowania, tak permanentny mocny makijaż już nie zawsze. A prawie zawsze problemy pojawiają się w zakresie trwałego „ozdabiania” ciała młodego człowieka. Nasza tolerancja znacznie spada na rzecz frustracji i niechęci do jego zainteresowań oraz znajomych. I jak w takiej sytuacji popierać nasze dziecko, czerpać radość z tego, że znalazł swoje miejsce na Ziemi w kontekście braku zgody na jego potrzeby i pragnienia z tym związane. Rzecz jasna, najlepszy zawsze w kwestiach spornych jest kompromis. Trudno do niego dojść, kiedy jedna, a czasami nawet i dwie strony, nie chcą rozmawiać. Bywa, że przyczyna tej sytuacji jest brak gotowości do rozmowy.

W tym miejscu pojawia nam się druga odsłona buntu naszego nastolatka. Kiedy już odnajdzie siebie w grupie rówieśniczej, chciałby w tym wymiarze znaleźć też swoje miejsce w domu. Wiąże się to nie tylko ze zmianą wizerunku, ale również chęcią postrzegania przez domowników. Zaczynają się coraz częstsze kłótnie, nie tylko z rodzeństwem, ale także i rodzicami. Używane w nich słowa stają się mocniejsze i śmielsze. Wyrażają one nie tylko oczekiwania, ale również chęć bycia niezależnym.  I tak niewinne tupnięcie nóżką w sklepie, zamienia się w trzaskanie drzwiami i słowami, ‘bo ty nic nie rozumiesz’.  Ale jak można zrozumieć, kiedy nie do końca wie się, o co chodzi? Aby to zmienić potrzebna jest rozmowa. Natomiast każdy rodzic mający dorastającego nastolatka wie, że często graniczy to z mission impossible. Kiedy już uda się spokojnie usiąść i zacząć, to szybko pojawiają się emocje, podniesiony głos czy przekonywanie o swoich racjach. Podobnie jest z polityką – każdy jest gotowy do dyskusji, ale nikt nie słucha będąc zablokowanym tylko na swojej pozycji. Dojście do porozumienia w takiej chwili jest niezwykle trudne. Szczególnie, kiedy dziecko wysuwa najcięższe ze swoich dział – ‘bo ty nigdy mnie nie słuchasz’, ‘nie znasz mnie tak, jak oni’, ‘zawsze musi być tak, jak ty chcesz’, a kończąc na ‘nie chcę cię znać’ albo ‘zajmij się swoimi sprawami’. Te słowa zawsze ranią, bo wydają się niezwykle niesprawiedliwe i nieprzemyślane. Są one mocne, ponieważ uderzają w najwrażliwszy punkt, jakim jest poczucie winy. Bywa, że to właśnie ono rozstrzyga spór z naszym dzieckiem. Oczywiście, zazwyczaj na jego korzyść. Dodatkowo, nastolatek doskonale to wyczuwa. W pierwszej chwili poczuje radość i satysfakcję, ale zazwyczaj po krótkim czasie, uświadamia sobie poniesione w tej walce koszty. Czasami odbierają one chęć i pożądanie tego, co było tematem sporu. Niby efekt uzyskany, a tak naprawdę staje się już niechciany.

Jednak, nie tylko z tego powodu obcowanie z nastoletnim dzieckiem to wyzwanie dla każdego rodzica. Pozostaje jeszcze, jakże ważna kwestia, bunt z zakresu domowej anarchii. W życiu chyba każdego nastolatka przychodzi taki czas, kiedy neguje większość ustalonych wcześniej zasad. Jeśli na sprawy tego świata ma najmniejszy osobisty wpływ, to rzeczą naturalna wydaje się, że spróbuje swoich sił na dobrze znanym i bezpiecznym gruncie, czyli w domu. I jakoś tak naszemu młodemu człowiekowi nie starcza czasu na wyniesienie śmieci, czy posprzątanie w pokoju. A jak już zrobi to, po dwutysięcznym zwróceniu uwagi, to sama otoczka tego zabiegu nie wydaje się zbyt przyjazna i partnerska. Jakże powszechnym stają się w domowym słowniku zwroty ‘później’, ’nie teraz’, ‘nie mam na to czasu’ albo ‘zrobię to, jak będę wychodził’. Jednak nie one uznawane się przez rodziców za szkodliwe. Największe obawy mają wobec tych, „kształtujących ich pozycje w domu”. Najczęściej oscylują wokół ‘bo ty się nie znasz’, ‘jestem facetem, nie będę tego robił, to dla bab’ czy ‘jestem na tyle dorosły, że mogę sam o sobie decydować’. Ale i w tym przypadku nie taki diabeł straszny. W obu tych wariantach jedną z najskuteczniejszych metod wychowawczych może okazać się brak opozycji. Zezwolenie na młodzieńczą indywidualność naszego dziecka pozwoli na pokazanie konsekwencji danego zachowania. Zazwyczaj metoda ta jest skuteczniejsza w porównaniu z dziesięciominutowym tłumaczeniem. Może czasami warto pozwolić by nasz nastolatek poszedł w niebyt świeżej koszulce do szkoły, niż zdzierać głos na prośbach dotyczących pozbierania ubrań do prania. W tym przypadku koledzy poprzez swoje komentarze mogą okazać się o wiele skuteczniejsi.

Właśnie, kolejną odsłonę buntu naszego nastolatka śmiało można nazwać „jak grochem o ścianę”. Ręka w górę, która mama zastanawiała się nad tym, dlaczego jej dziecko czasami uaktywnia w sobie umiejętność słuchania wybiórczego?  Zabawne, że wykorzystuje ją zazwyczaj wtedy, gdy jest proszony o wykonanie czegoś na rzecz domowników lub zakazu względem czegoś, na czym mu zależy. Być może ku zdziwieni niektórych, nasz młody człowiek żmudnie trenuje ją między innymi dzięki swoim rodzicom. To oni poprzez swój brak konsekwencji i oczekiwaniu pożądanego efektu nie motywują dziecka do wykonania danej prośby. Bo tak naprawdę, po co ma marnować swój niezwykle cenny czas na zbieranie brudnych skarpet, jeśli mama i tak da za wygraną. Nie dość, że posprząta je z podłogi, to jeszcze włoży do pralki, rozwiesi i ułoży złożone w szufladzie. Podobnie jest z planowym wracaniem do domu. Nie warto tracić najfajniejszego momentu imprezki, jeśli tata jedynie powie coś umoralniającego. Jest zachowanie, ale brak w nim konsekwencji i oczekiwanego rezultatu. Tu kłaniać może się teoria „silnego rodzica”, często mylnie rozumianego, jako surowego rodzica. Na czym polega różnica? Silny rodzic, to mądry rodzic, który daje oparcie i poczucie bezpieczeństwa swojemu dziecku. Zaś mądrość ta nie polega na karaniu i bezsensownym zakazywaniu. Nie przejawia się również w elaboratach tłumaczeń i równemu (tu identycznemu) postępowaniu z każdym z dzieci. Bez względu na to, że płynie w nich ta sama krew, są indywidualnością. To, co dla jednego jest nagrodą, dla innego może stać się powodem frustracji. Mądry rodzic nie tylko zna swoje dziecko, ale też wie, czego potrzebuje, co najlepiej mu smakuje i co w nocy wychodzi z szafy. Taki rodzic wie również, że skuteczniejsze może okazać się ograniczenie czegoś, niż kategoryczne zakazanie. Karanie nie ma w zamyśle całkowite odbieranie czegoś, co jest dla naszego dziecka ważne. Samo wyznaczenie granicy może być już dla młodego człowieka jakąś stratą, a z pewnością nie wywoła burzy emocji wynikających z poczucia braku sprawiedliwości. Te emocje oczywiście też są ważne. Dzięki nim możemy dowiedzieć się, czego nasz nastolatek oczekuje od nas samych. W tym momencie mogą pojawić się różne wartości, ale większość z nich sprowadza się do jednej, najważniejszej – ‘spójrz na to z mojej perspektywy’.

Nie ma co ukrywać, każdy nastolatek prędzej czy później wkroczy w fazę buntu. Sama jego forma może być różna, jednak podstawa zawsze pozostaje ta sama – konieczność zmiany na rzecz wprowadzenia innej wartości. Bez względu na to, czy dotyczy to poparcia dla zalegalizowania marihuany, wytatuowania sobie smoka na plecach czy zamykania się w pokoju, zazwyczaj ma to symbolizować niezależność, sposób wyrażania siebie i własnych poglądów. Oczywistym jest to, że nie zawsze te postulaty są spójne z oczekiwaniami czy światopoglądem rodziców. Najlepsza podstawa do porozumienia wydaje się być rozmowa. Ale jak ma ona przebiegać, jeśli prowadzona jest przez dwie skrajne opozycje, choć interes jest ten sam? Kluczowym może się stać samo przygotowanie do niej. Być może wydaje się to banalne, ale jest najbardziej uniwersalne. W każdej materii działanie na tzw. żywioł rzadko przynosi oczekiwane rezultaty. Samo to, że rodzic wykaże zainteresowanie danym tematem, poświęci czas na to, by poszukać informacji sprawia, że startuje z lepszej pozycji. Dlaczego? Powodów jest co niemiara. Po pierwsze, argumenty z cyklu ‘ty się nie znasz’ czy ‘ nic o tym nie wiesz, a krytykujesz’ nie mają uzasadnienia. Każdy rodzic nastolatka wie, że jest on jednym z podstawowych, które działają na niekorzyść przy podejmowaniu wspólnie ważnego tematu. Zatem, duży plus dla was. Po drugie, dzięki zdobytej wiedzy, nie dacie się zaskoczyć. Dalej, poprzez znajomość tematu można podważać argumenty nie tylko znienawidzonym przez wszystkich stwierdzeniem, ‘bo ja tak chcę’. Pozwala to również na szersze spojrzenie na dany problem. Być może dzięki temu przekonacie się, drodzy rodzice, że wasze dziecko chcąc zrobić sobie tatuaż, nie ma na celu jedynie „oszpecić swojego ciała”. W ten sposób pozytywy można mnożyć niemalże w nieskończoność, ale najważniejszy jeszcze nie został podkreślony. Wydaje się, że sam fakt chęci poznania tematu przez rodziców ma ogromna moc w oczach ich dzieci. Nie tylko z perspektywy merytorycznej, ale również poświęconej uwagi, gotowości do zmiany czy tolerancji jego wyborów. Mając dobre zaplecze, uczymy go nie tylko walki o swoje przekonania, ale również negocjacji. Aby rozmowa mogła stać się choć trochę bardziej przyjazną, nie można zapomnieć o tym, że nasze dziecko również ma swoje pragnienia i potężną chęć wyrażania siebie. Często kolczyk w języku, czy noszenie dredów, nie przeszkadza w tym, aby nadal być dobrym uczniem i rodzeństwem. Może nawet pozwoli na poznanie ludzi, którzy pomogą mu w realizacji marzeń. Samo prowadzenie rozmowy z nastolatkiem też nie należy do najłatwiejszych. Śmiało można powiedzieć, że jest to wręcz wysoko zaangażowana sztuka mediacji. Ale to chyba temat na kolejny artykuł …

Literatura:

  1. Aronson, E., Wilson, T.D., Akert, R.M. (1997). Psychologia społeczna. Serce i umysł. Poznań: Zysk i S-ka Wydawnictwo,
  2. Bee, H. (1998). Psychologia rozwoju człowieka. Poznań: Zysk i S-ka Wydawnictwo