W szkole dzieci zdobywają wiedzę, bo nauczanie to przecież nadrzędna idea przyświecająca tej instytucji. To właśnie w tym miejscu można nauczyć się liczenia, czytania oraz pisania. Poznawanie anatomii człowieka, zjawisk fizycznych oraz chemicznych, a dodatkowo kondycja wzmacniania na lekcjach wychowania fizycznego, są tylko mikroskopijną cząstką wspaniałej przygody i poznawania świata w murach szkolnych, którą niesie ze sobą nauka. 
    Skoro wiedza jest najwyższą wartością i głównym celem oświaty, to czemu mało kto cieszy się, że nauczył się działań na ułamkach, opanował tabliczkę mnożenia, poznał zasady ortografii, dowiedział się, jak zbudowany jest układ kostny człowieka czy jak działa siła grawitacji? Być może dlatego, że nieodłącznie w parze z wiedzą, idą oceny. I choć wszyscy mówią, że są mało istotne to jednak właśnie one warunkują postrzeganie dziecka w roli ucznia i nie tylko. Dodatkowo patrząc na strach dzieciaków przed wywiadówką, opracowywanie zawiłej strategii ukrywania jedynek i dwójek czy wymyślanie biegów nieszczęśliwych zdarzeń mogących jakkolwiek absurdalnie wytłumaczyć obecność dwójki z dyktanda, mogą świadczyć o tym, że oceny niesłychanie uwrażliwiają dziecko na oznaki akceptacji, bądź jej braku ze strony rodziców.  Dodatkowo istnienie elektronicznych dzienników pozwalających rodzicom o dowolnej porze dnia i nocy kontrolować "postępy" w nauce, pozbawia złudzeń co do wagi wiedzy oraz ocen. Jedynki i dwójki to często krzywe spojrzenie oraz nietęga mina mamy, trójka to grymas na twarzy taty w towarzystwie zmarszczonego czoła. Z kolei czwórka to serdeczny uśmiech, a piątka i szóstka to radość oraz duma rodzica. Dziecko przez pryzmat oceny otrzymuje często negatywne albo warunkowe komunikaty o sobie samym, ze strony osób, które kocha najbardziej na świecie. I jak w tej sytuacji uczyć się dla zdobywania wiedzy, a nie jedynie dla świadectwa z czerwonym paskiem, często równoznacznego z nagrodą w postaci komputera/wyjazdu wakacyjnego i zadowolenia rodziców? 
    Drodzy rodzice, czy oby na pewno bycie piątkowym czy szóstkowym uczniem jest gwarantem dostania sią na wymarzone studia czy znalezienie dobrze płatnej oraz perspektywicznej pracy? Warto zastanowić się czy chcemy, aby pociecha miała dobre oceny czy była spełniona w życiu dorosłym i potrafiła czerpać z niego radość. Te dwie kwestie oczywiście nie muszą się wzajemnie wykluczać, jednak ważną rolę odgrywa tu coś innego - akceptacja możliwości intelektualnych dziecka. To właśnie ona stanowi klucz do czerpania  radości z nauki. Każde dziecko jest inne- jedno wspaniale rysuje, drugie świetnie radzi sobie z liczeniem, z kolei trzecie ma do tego co ci pierwsi lewe ręce, ale za to pięknie recytuje wiersze. I nawet oczekiwania rodziców nie są w stanie tego zmienić. One jedynie mogą zaburzyć rozwój młodego człowieka, ponieważ koncentrując się na deficytach dziecka tym samym wzmacniamy je. A co gdyby zrobić eksperyment i wysłać dziecko na korepetycje z tego przedmiotu, z którego radzi sobie najlepiej? Z dużym prawdopodobieństwem mogłoby okazać się, że omnibus z języka polskiego kulejący z matematyki robi postępy z liczenia, choć dodatkowe zajęcia dotyczacą właśnie tego przedmiotu, który go interesuje i nauka nie stawarza większych trudności. Czy to jakaś innowacyjna metoda czy szaleństwo, bo przecież korepetycje dotyczą zwykle przedmiotów, których nauka to wybitnie syzyfowa praca? Nie. To po prostu wspieranie talentów dziecka, rozwijanie w nim radości z poszerzania wiedzy z zakresu tematów, które go interesują. Dawanie dziecku prawa do bycia sobą, a co za tym idzie do otrzymywania ocen zharmonizowanych z jego możliwościami, może być prawdziwą inwestycją nie tylko w jego edukację, ale przede wszystkim w to, czy wyrośnie na człowieka czerpiącego radość z życia.