Hongkong

Odkąd się poznaliśmy, zawsze słyszeliśmy wiele o Hongkongu. Wydawało nam się, że jest to esencja Azji. Po kilku latach marzenia o wyprawie w końcu udało nam się tam pojechać.

Do Hongkongu można dostać się wieloma różnymi liniami lotniczymi. Cena zależy głównie od daty rezerwacji. Można znaleźć naprawdę atrakcyjne połączenia, zarówno jeśli chodzi o cenę, jak i czas oczekiwania na przesiadkę. Z Warszawy polecam FinnAir, który ma dobre ceny oraz najlepsze czasowo połączenie.

Do Hongkongu pojechaliśmy z naszym synem Ignacym, czterolatkiem. Choć dla takiego malca zawsze ciekawsze są morze, góry czy jeziora, miasto ma bardzo wiele do zaoferowania dzieciom. Jest tam darmowe zoo w centralnej części wyspy oraz fantastyczny Ocean Park, który oferuje wiele atrakcji, takich jak wielkie akwarium, pokazy delfinów i wspaniały wybieg dla pand. W Hongkongu znajduje się również Disneyland, mniejszy od paryskiego i mniej zatłoczony, gdzie nie trzeba stać w godzinnych kolejkach do karuzeli. Jedzenie jest absolutnie fantastyczne i w większości przypadków dość łagodne, a więc nadające się dla dzieci.

Sklepy i biurowce

Kiedy zdecydowaliśmy się na wyjazd, byliśmy bardzo ciekawi, czy miejsce to będzie takie, jakim je sobie wyobrażaliśmy. Słyszeliśmy bowiem również wiele negatywnych opinii o Hongkongu – że drogi, że nie ma tam nic do roboty, że same drapacze chmur i butiki Diora. Cóż, wiele w tym prawdy, ale jeśli ktoś zdecyduje się na wyjście ze ścisłego centrum, co nie jest takie proste, bo my na przykład do tej pory nie wiemy, gdzie tam nie było centrum, miasto zdecydowanie zyskuje. A wyjechać z centrum można na przykład, odwiedzając wyspę Lamma lub Lantau, do której zostały wprawdzie „przyklejone” nowe lotnisko oraz Disnayland, ale która ma również sporo spokojnych miejsc i plaż.

Można tylko do góry…

Po wylądowaniu na lotnisku w Hongkongu zdziwiło nas to, że wszystkim pasażerom mierzono temperaturę, oczywiście na odległość, za pomocą laserowych termometrów. Trzeba przyznać, że dbają o zdrowie swoich mieszkańców.

Droga z lotniska do miasta ciągnie się wzdłuż portu, który jest tak ogromny, że prawdę mówiąc, nie wiem, do czego go porównać. Kontenery są poukładane na wysokość kilku pięter, i tak całymi kilometrami po horyzont, a po drugiej stronie mostu setki czekających na wejście do portu statków, nie stateczków, ale wielkich, pięknych kontenerowców. Zaraz po przejechaniu mostu zaczyna się właściwa część miasta, ta od strony kontynentu. Właściwie trudno coś powiedzieć na jej temat, trzeba mieć szklany dach w samochodzie, ponieważ najniższe budynki mają po 40 pięter. A tych większych jest jeszcze więcej. Ten oszałamiający widok to chyba najbardziej znana perspektywa Hongkongu, jedna wielka ściana drapaczy chmur. Przyznam, że byłem w kilku dużych, nowoczesnych miastach, ale Hongkong robi wyjątkowe wrażenie. Centrum Nowego Jorku to jakby jego przedmieścia. Architekci mieli polot. Trudno im się dziwić, biorąc pod uwagę brak miejsca. Można tylko do góry.

Smakowitości

Po dojechaniu do hotelu udało nam się dostać pokój z widokiem na zatokę. Okna od podłogi do sufitu, a przed nami jedynie zatoka: widok na wiszący most oraz setki statków, wodolotów i helikopterów latających do Makao. Wszystko to jednak nie zakłócało spokoju i ciszy w naszym pokoju.

Po wyjściu z klimatyzowanego hotelu doznaliśmy szoku. Temperatura oraz wilgoć są tak duże, że Ignacy po kilku minutach miał mokrą głowę, jakby właśnie skończył się kąpać.

Nasz plan zwiedzania był mniej więcej ustalony: Disneyland, Ocean Park, zoo, plaża, kilka świątyń oraz jakaś mała wysepka.

Na szczęście nasz hotel znajdował się w ładnej, mało turystycznej dzielnicy. Nie było tam butików słynnych projektantów i dziesiątek tysięcy ludzi, były za to małe restauracyjki co 10 metrów, serwujące bardzo tanie i dobre jedzenie. Sprawiało nam wielką frajdę siadanie w nich pośród mieszkańców i zamawianie potraw, których nie potrafiliśmy przewidzieć, ponieważ menu było jedynie po chińsku. Wszyscy byli bardzo uprzejmi i pomocni do tego stopnia, że czasem pozwalano nam zajrzeć do garnka, abyśmy wiedzieli mniej więcej, co nas czeka na talerzu. Podczas całego pobytu ani razu nie mieliśmy żadnej nieprzyjemniej przygody kulinarnej. Nawet gołąb, który wydawał nam się podejrzany, smakował wyśmienicie. Co więcej, Ignacemu również smakowało.

W trosce o mieszkańców

Ponieważ pośrodku wyspy jest góra, całe miasto od portu Central Station, z którego odchodzą tramwaje wodne na kontynent oraz wodoloty na mniejsze wyspy, wspina się dość wysoko. Ulice czasem są tak strome, że dla wygody mieszkańców instaluje się tam ruchome schody. Tak na ulicy, obok samochodów, zamiast chodnika. W końcu kto normalny w XXI wieku będzie zawracał sobie głowę wspinaniem się do restauracji lub na targ. Ludziom trzeba wyjść naprzeciw! Szkoda, że u nas nie ma takiego podejścia do przestrzeni publicznej oraz wygody obywateli.

Kolejna rzecz, która nas zadziwiła, to zawieszone pomiędzy budynkami nad ulicami, przecinające biurowce klimatyzowane tunele dla pieszych. Z powodu braku miejsca duża część ruchu pieszego odbywa się właśnie w takich przeszklonych tunelach. Kolejny dowód na dbanie o mieszkańców. Mniej zmęczony będzie szczęśliwszy, a co za tym idzie, bardziej wydajny. Po 2 dniach przywykliśmy do tego i z przyjemnością oraz poczuciem zacofania cywilizacyjnego naszego kraju, przechadzaliśmy się powietrznymi pasażami. Trzeba jednak przyznać, że nie wszędzie da się dojść pieszo, szczególnie mając ze sobą dziecko. Zainteresowała nas olbrzymia liczba taksówek i, jak się okazało, bardzo słusznie. Zaczęliśmy z nich korzystać nagminnie, gdyż były zabawnie tanie. Przejazd z hotelu na drugą stronę wyspy, gdzie znajduje się Ocean Park (to odległość około 20 km) kosztował 30 zł, kurs w ścisłym centrum nigdy nie przekroczył 7 zł. Tramwaje wodne, promy pomiędzy wyspą a kontynentem kosztowały 1,5 zł za osobę. Ogólnie transport miejski, szeroko pojęty – włączając w to stuletnie dwupiętrowe tramwaje, jest tam bardzo tani i urokliwy. Rejs przez zatokę starymi promami, które mają drewniane wnętrza, dostarcza wspaniałych wrażeń.

Niewielkie, lecz miłe

Pierwszego dnia poszliśmy w nieznane, czyli w miasto na wyspie. Spacer był dość długi, a dla Ignasia wzięliśmy wózek, aby nie musieć go nosić po 2 godzinach. Doszliśmy do miejskiego zoo, które oczywiście jest za darmo. Zoo okazało się niezbyt duże, ale znaleźliśmy tam kilka fajnych zwierzaków. Znajduje się przy tym w parku, który odcina trochę człowieka od tych szklanych wszechobecnych ścian. Ignaś był zachwycony orangutanem, którego widział po raz pierwszy w życiu.

Disneyland

Kolejny dzień należał już zupełnie do Ignasia. Pojechaliśmy bowiem do Disneylandu. Obiecaliśmy to przed wyjazdem, więc trzeba było dotrzymać słowa. I tu kolejne zaskoczenie. Tak jak nie mogłem się odnaleźć pośród tłumu turystów w paryskim Disneylandzie, tak tu było, jak na takie miejsce, pusto. Do tego stopnia, że niektóre atrakcje powtarzaliśmy wielokrotnie bez najmniejszej kolejki. Hitem wizyty stała się podróż do świata Toy Story. Nie przesadzając sądzę, że odbyłem ją z Ignasiem około 12 razy. Były oczywiście wszelkie inne atrakcje. Pozytywną cechą odróżniającą ten Disneyland okazało się również jego zaplecze kulinarne. Nie było strasznych hot dogów po 20 euro, w zamian była pyszna kuchnia chińska, tajlandzka, koreańska oraz wiele innych prawdziwych potraw.

Dojazd jest bardzo prosty, jedzie się metrem – bez problemów. My wybraliśmy jednak dojazd taksówką. Był naszą najdroższą podróżą w trakcie tego pobytu, kosztował około 65 zł.

Przyznam, że można mieć różne podejście do tego typu miejsc, ale dla dzieci jest to bez wątpienia ogromne przeżycie, pozostaje tylko kwestia dozowania tego typu doznań.

Dzień zakończyliśmy z kompletem zdjęć Ignacego ze wszystkimi bohaterami kreskówek. Był tak zadowolony, że po powrocie do hotelu nie mógł usnąć z wrażenia.

Świątynie

Kolejny dzień miał być atrakcyjny dla nas. Postanowiliśmy zatem odwiedzić dwie świątynie w kontynentalnej części miasta. Pierwsza z nich to klasztor Chi Lin Nunnery. Jest to bardzo ładna drewniana świątynia z pięknym ogrodem. Choć w klasztorze ma się wrażenie, jakby przeniosło się w czasie, wystarczy podnieść głowę, aby przypomnieć sobie, gdzie się jest. Klasztor otoczony jest oczywiście przez drapacze chmur.

Druga ciekawa świątynia to Wong Tai Sin. Przychodzą tam wierni, aby się pomodlić i zapalić kadzidło. Wycieczka była bardzo ciekawa dla nas, mniej dla Ignasia. W drugiej świątyni było jednak wiele posągów uzbrojonych zwierzęcych demonów, które bardzo podobały się naszemu synkowi. Sądzę, że miał skojarzenia z filmem „Kung Fu Panda”. Lepsze takie zainteresowanie niż żadne…

Ocean Park

W ramach zmienności, kolejny dzień należał znów przede wszystkim do Ignasia, ale i dla nas był ogromną przyjemnością. Pojechaliśmy do parku rozrywki Ocean Park. Znajduje się on po wschodniej stronie wyspy, w dzielnicy Stanley. Park jest fantastyczny, to połączenie zoo i parku rozrywki. Na samym początku znajduje się dość duże oceanarium, które na dzieciach robi ogromne wrażenie, tuż obok zrobiono duży wybieg dla pand. To miejsce jest najbardziej oblegane. Wszyscy chcą mieć zdjęcie obok pandy. A że się uda je zrobić, nie jest wcale oczywiste, ponieważ panda, kiedy już usiądzie, to wstanie jedynie z powodu wielkiego głodu. Zwierzęta w zoo są oczywiście skrupulatnie karmione przez pracowników, więc nie mają zbyt wielu powodów do przemieszczania się. Tak czy siak dzieciaki wariują na widok pandy. Ignacemu tak się podobała, że spędziliśmy tam 45 minut.

Park ma dwie części, a ich naturalną granicą jest góra. Do drugiej części można dostać się w dwojaki sposób. Pierwszy to gondolka jadąca wzdłuż góry i wybrzeża, widoki wspaniałe – polecam tę drogę. Drugi sposób to pociąg jadący tunelem pod górą. W drugiej części parku, od strony oceanu, jest więcej atrakcji. Tam też odbywają się pokazy umiejętności delfinów. Nie jestem fanem takich miejsc, ale w tym przypadku, muszę przyznać, że było to efektowne. Inną sprawą jest to, że delfiny powinny pływać w oceanie, a nie w basenie. Wydaje się jednak, że są tam traktowane po królewsku. Oczywiście Ignacy tak jak i inne dzieci był zachwycony możliwością obserwacji delfinów z bliska oraz oglądania ich popisów akrobatycznych.

Powiew normalności

Kolejny dzień przyniósł nam wizytę na małej wysepce Lamma Island, która słynie ze swych restauracyjek serwujących owoce morza. Wysepkę po prostu trzeba odwiedzić. Z portu na głównej wyspie pływają tam wodoloty co 30 minut, a czas podróży to około 20 minut. Lamma Iland jest niesamowita – nie ma tam ruchu kołowego (mogą tam jeździć tylko rowery), nie ma wielkich ulic ani zgiełku, są zwykłe dwukondygnacyjne domy oraz fantastyczna przyroda i restauracje serwujące owoce morza. Widok małych domów, zatoka, łódki, a nie kontenerowce, wszystko to bardziej przypominało nam bardziej europejską miejscowość niż Hongkong.

Zjedliśmy wspaniały obiad, a do hotelu wracaliśmy wodolotem, co niesłychanie podobało się Ignacemu.

Na koniec pobytu zrobiliśmy sobie wycieczkę tramwajem. Wsiedliśmy na drugą kondygnację i przejechaliśmy całą trasę, tam i z powrotem, ponieważ tramwaj nie wraca tą samą trasą. Bardzo przyjemna wycieczka krajoznawcza. Są miejsca, do których nie zdążyliśmy dotrzeć, ale one pozostaną na kolejną wizytę, która na pewno się odbędzie.