Naprawdę blisko

O sztuce wyrażania uczuć, dziecięcej wrażliwości i rodzinnej logistyce aktorskiego małżeństwa rozmawiamy z Dorotą Landowską i Mariuszem Bonaszewskim.

Maurycy Korsak: Wiem, że macie Państwo dwójkę dzieci, starszą córkę i młodszego synka. Jak spędzacie z nimi czas?

Mariusz Bonaszewski: Och, to złe pytanie. My spędzamy czas tylko z nimi. Tak naprawdę jesteśmy tylko z dziećmi, a czasami wychodzimy do pracy.

M.K.: To ogromny przywilej.

M.B.: Tak. Praca jest przerywnikiem między normalnym życiem. Bo normalne życie rozgrywa się najczęściej na czterech metrach kwadratowych. Na jednej kanapie. To dzieci stanowią o naszym życiu. A  życie, jak to życie… Zwykłe i normalne.

M.K.: Skoro to dzieci stanowią o waszym życiu, czy podporządkowujecie się ich zainteresowaniom i zachciankom?

M.B.: Tak, staramy się śledzić ich pomysły.

M.K.: Pojawiają się trudne pytania?

M.B.: Moja córka ma dziesięć lat i już zadaje pytania, które mają ciąg dalszy. Dzisiaj w samochodzie zapytała na przykład, czy często zdarza mi się bać życia.

M.K.: Trudne pytanie. Egzystencjalne.

M.B.: Trudne tak samo dla niej, jak i dla mnie, ponieważ ja, tak samo jak ona, nie mam odpowiedzi. Mówię jej, że ja także zadaję sobie to pytanie. W takich momentach staram się chwycić jej myśl, Dorotka też, ponieważ to jest ciekawe, ten ciąg dalszy – to, co wyniknie z takiego pytania.

M.K.: Pytanie jest na tyle intrygujące, że przykłada je Pan do siebie.

M.B.: Tak, ponieważ gdy odpowiadam, od razu się zastanawiam, jaką daję jej odpowiedź. Czy my w ogóle jesteśmy w stanie się porozumieć? Czy ja ją rozumiem? Nie wiem, to ciekawe.

Dorota Landowska: Zamykają się wtedy z córką w pokoju i w ogóle nie ma do nich dostępu.

M.B.: Czasem jednak moja odpowiedź jest tak dla Marii na tyle trudna, że córka po prostu ode mnie ucieka. I to też jest jakiś rodzaj zetknięcia się ze sobą.

D.L.: Każdy to robi na swój sposób.

M.K.: Czy istnieje między Państwem jakiś „podział”, np. że Pan jest w większej komitywie z córką, a Pani z synkiem?

M.B.: Nie. Absolutnie nie. Dzieci biorą sobie od nas obojga to, co chcą. Obecnie na przykład mamy czas, w którym to ja jestem ciałem do przytulania. Choć oczywiście potrzebują czułości fizycznej i ode mnie, i od Doroty. Rano wstają z łóżka i chcą się przytulić.

M.K.: Okres nocnego wędrowania u córki się zakończył, a u syna jeszcze nie rozpoczął?

D.L.: Chyba właśnie się zaczyna.

M.B.: Tak… ale nie było to u nas nigdy problemem.

D.L.: Marysia spała z nami chyba do szóstego roku życia. I sama z tego łóżka wyszła.

M.B.: Śpią z nami, kiedy naprawdę chcą. To jest taka niezbędna dziecku cielesność i trzeba być dyspozycyjnym.

M.K.: Łóżko jest ważnym elementem życia.

M.B.: Ależ oczywiście. Nam się takie drzemanie nawet w dzień zdarza.

D.L.: Kładziesz się na 15 minut pomiędzy nagraniem a spektaklem i się okazuje, że nie możesz się zdrzemnąć, bo…

MB. …„Naleśnik” – przychodzi jedno dziecko i kładzie mi się na brzuchu. Ale chwilę później mamy już „kanapkę”, bo drugie też musi wtedy przyjść.

M.K.: Sprawiedliwość musi być…

D.L.: Specyfika tego zawodu jest taka, że możemy się zmieniać w opiece nad dziećmi i uzupełniać. Jak nie ma mnie, jest Mariusz. Połowa rodziny zawsze funkcjonuje normalnie.

M.B.: Zdaję sobie sprawę, że pod tym względem nasza rodzina jest w wyjątkowej sytuacji. Czy wyobraża Pan sobie, że przez dwa lata, normalnie pracując, nie opuściliśmy naszej córki nawet na jedną noc?

D.L.: Mariusz był dowożącym, dowoził Marysię na plan, a ja ją karmiłam.

M.B.: To prawda, oboje byliśmy zaangażowani w tę rodzinną logistykę.

M.K.: Poświęciliście córce dużo czasu. Czy nie odbija się to teraz tym, że jest bardzo delikatna, wrażliwa?

M.B.: O, Jezu, na szczęście tak właśnie jest…

M.K.: Na szczęście?

M.B.: Wie Pan, jakie to wspaniałe, że ona jest delikatna? Jakie to szczęście, że ona potrafi odczuwać…

M.K.: Delikatna osoba.

M.B.: Przez pierwsze dwa lata po narodzeniu Maria właściwie nie sypiała. To znaczy, z pewnością sypiała, ale my nie wiemy kiedy. W nocy się budziła po siedem, osiem, dziewięć razy. To był problem, z którym radziliśmy sobie metodą…

D.L.: …„Raz lepiej, raz gorzej”…

M.B.: Tak. Taki egzemplarz. I nagle po prostu zasnęła. I tak, jak zasnęła, tak śpi w taki sposób, że… że jesteśmy wolnymi ludźmi, mieszkając we czwórkę w jednym pokoju. Oczywiście w nocy.

M.B.: Ale egzemplarz drugi…

D.L.: …Poprawiony. Teoretycznie.

M.B.: Już ma trzy i pół roku. Ale jest już lepiej, prawda?

D.L.: Taaak.

M.B.: Było jednak równie fatalnie. Pierwsze dwa lata były straszne.

D.L.: Jest lepiej.

M.B.: Nasz syn ma bogate życie wewnętrzne, co widać zwłaszcza w nocy.

M.K.: A w dzień jest wycofany?

M.B.: Nie, on reaguje na wszystko w sposób natychmiastowy. Potrafi też zwerbalizować swoje potrzeby.

M.K.: Czy jest zazdrosny o siostrę? Są na tym tle niesnaski?

D.L.: Oboje są zazdrośni o uczucia.

M.B.: Ale to wspaniale. Bo są ze sobą jednocześnie niebywale związani…

D.L.: Są razem.

M.B. Staś mówi „nieeeeee” i wiadomo, że Maria wtedy już nigdzie nie pójdzie. Nie muszę wymyślać między nimi miłości.

M.B.: Po szpitalu Staś był strasznym dzieckiem. Maria ledwo to wszystko wytrzymywała i nagle, chyba po czterech tygodniach, stanęła w progu i powiedziała: „Tata, ten dzieciak nas wykończy”.

D.L.: Często to potem powtarzała: „Mówiłam ci, że ten dzieciak nas wykończy”.

M.B.: Nie panujemy nad tym. My oczywiście rozumiemy konflikty. W ciągu dnia jest ich mnóstwo. Jest ich pełno, ale na dnie jest coś jeszcze…

D.L.: Jesteś jedynakiem…

M.B.: Dla mnie to jest tajemnicze, ale sądzę, że konflikty są częścią tego związku.

M.K.: Często konflikty zbliżają.

D.L.: Oczywiście.

M.B.: To, co się dzieje pomiędzy mną a moimi dziećmi, ma ogromny związek z tym, co się działo, powtarzam: działo, pomiędzy mną a moimi rodzicami. Nieustannie dochodzi do takiej wewnętrznej konfrontacji. Czasami chodzi o wspomnienie odczuć, które się miało w pewnych sytuacjach. Jak się to odczuwa, kiedy można to przywołać, można sprawdzić, jakby było inaczej. Ja mam dzieci, ale sam jestem w pewnym sensie dzieckiem. Istnieje jednak inny rodzaj związku, który powinien mieć wpływ, a z którym sobie kompletnie nie radzę. Moje dzieci powinny mieć ogromny wpływ na mnie konstruującego moje relacje z moimi rodzicami. I tu jest pewien kłopot… znaczy… ja bym na pewno chciał skorzystać z tego potencjału, jaki dają mi dzieci. Ja powinienem je wyzyskać aby mój ojciec stał się moim dzieckiem

Energia życia, która w naszym domu w ogóle jest taka – ekspresja trochę.

D.L.: Myślę, że warto wspomnieć o jeszcze jednej ważnej rzeczy. Zauważyłam, że oprócz tego, że jesteś ojcem, to masz jakąś rekompensatę za brak rodzeństwa. Często mam wrażenie, jakbyś przy nich sam stawał się dzieckiem. Marysia krzyczy na ciebie, że zachowujesz się jak starszy brat. Nie zachowuj się jak brat, zachowuj się jak tata.

M.B.: Tak, to prawda, zdarza mi się wychodzić z roli ojca. Ze Stasiem siłujemy się już i tak będzie. A z Marią… „Lecisz, Maria, tyłem głową na ziemię, tylko ja mogę cię złapać. Ufasz mi?”.

D.L.: Czasem na nich eksperymentujesz.

M.B.: „Ufam ci”. „No to lecisz!”.

M.K.: Jest Pan bratem swoich dzieci.

M.B.: To są moje potrzeby. U Stasia są jednak takie rejony, których nawet nie dotykamy. Rower na przykład, w ogóle go nie pociąga – nie, nie, nie – nigdy w życiu, a jest dość aktywny fizycznie. My tego roweru nie kupujemy, bo to jest przecież jego wybór, czego chce się uczyć.

D.L.: Staś ma za to duże wyczucie ludzi, starannie ich sobie dobiera.

M.B.: No i ma bardzo, jak to dziecko, rozwinięty zmysł „uwodzenia”.

D.L.: On jest niezwykle uczuciowym dzieckiem, które bardzo otwarcie wyznaje też swoje emocje.

M.B.: Ten rodzaj manipulacji, który naturalnie przejawiają dzieci, jest niezbędny do tworzenia stosunków międzyludzkich. Gdyby nie było takiego „uwodzenia”, prawdopodobnie większość z nas jako ojcowie, czułaby się niedowartościowana.

M.K.: Czy kupuje Pan sobie zabawki? Dla niego.

D.L.: Mogę zaświadczyć, że tak.

M.B.: No, znaczy..

D.L.: Kolejka… hmm, samochodzik… brum, brum.

MB. Nie, nie, nie. Chwileczkę, tak to nie ma.

D.L.: Xbox.

M.B.: Podporządkowanie jego potrzebom. Znaczy ja się staram. No, Xbox to tak, oczywiście. To było dla Marii.

D.L.: Tego jest dużo.

M.B.: Ale jest tak, że musimy się gdzieś porozumieć w tych wyborach, to znaczy że…

M.K.: …Zabawka nie może być bezsensowna?

D.L.: (Śmiech).

M.B.: Ja bez niego nie jestem w stanie się bawić się tymi zabawkami. Ale ten moment rozpoczęcia. Przynoszę, otwieramy… Jak oni świetnie weszli w te nowoczesne zabawki. Dzięki nam. Stanisław obsługuje komputer.

M.K.: Spędzacie razem wakacje? Podróżujecie z dziećmi?

D.L.: Wie Pan, w to trudno uwierzyć, ale jeździmy zawsze razem, od dziesięciu lat…

M.B.: Od dziesięciu lat, odkąd pojawiła się Marysia, spędzamy wakacje we czwórkę, całe dwa miesiące.

M.K.: Dziękuję bardzo za rozmowę, wasze dzieci mają szczęście posiadania wrażliwych rodziców.