Uczę moje wnuki myślenia

mówi marszałek Marek Borowski. Rozmawiamy z nim o wychowaniu wnuków, roli porządku w życiu i właściwych priorytetach.

Maurycy Korsak: Jest Pan człowiekiem niezwykle aktywnym. Ile czasu może Pan wygospodarować dla wnuków?

Marek Borowski: To się oczywiście zmieniało. Kiedy moje wnuki były małe, moja obecność była mniej istotna. Ponieważ to jest trzech chłopców, w tym bliźniaki, w miarę ich dorastania nasz kontakt się zmieniał. Teraz mają po siedem i dziewięć lat. Ich kontakt ze mną zaczyna mieć znaczenie wychowawcze, dlatego czuję się zobowiązany, by dobrze odgrywać swoją rolę.

M.K.: Powiedział Pan zobowiązany. Czy kontakt ten jest tylko obowiązkiem wychowawczym, czy również przyjemnością?

M.B.: Oczywiście jest to przyjemność, ale przyjemność to raczej wyjście do kina czy na basem, obowiązek natomiast polega na tym, że ja ich dokształcam.

MK.: W jakiej dziedzinie?

M.B.: Uczę ich tego, czego inni ich mniej uczą. Szkoła ma swój program, a rodzice nie mają czasu. Ja ich uczę, najogólniej mówiąc, postawy życiowej i myślenia.

M.K.: Oba pojęcia są bardzo szerokie

M.B.: To prawda. Postawy życiowej, czyli bycia uczciwym oraz pomocnym. Nie chodzi mi o „dydaktyczny smrodek”, ale o praktykę – czytam im odpowiednie książki, opowiadam historie. Jeżeli chodzi o myślenie, to nauka polega troszkę na przymuszaniu ich. Oni się buntują, ale mimo to gramy w szachy na komputerze i w inne gry logiczne.

M.K.: Zachęca ich Pan do tego typu gier?

M.B.: Tak, jednocześnie jednak zniechęcam ich do komputera w tym sensie, że absolutnie nie pozwalam im grać w „głupie gry”. Oni wiedzą, co to są głupie gry. Używam także płyt edukacyjnych wydawanych na potrzeby szkół, z których szkoły korzystają dość rzadko.

M.K.: Korzystał Pan z serii Było sobie życie?

M.B.: Tak. Oni przesz to przechodzili i trzeba powiedzieć, że im się seria bardzo podobała, zwłaszcza odcinki, w których była jakaś bijatyka. Sporo się z niej nauczyli. Będę do tych filmów wracał, ponieważ one są na różnym poziomie. Gramy także w szachy, w karty, scrabble, monopol.

M.K.: Czy pokazuje im Pan różne gatunki muzyki?

M.B.: Moi wnukowie mają wykupiony abonament do filharmonii, na ogół chodzą z rodzicami, czasami z nami. Raz na trzy tygodnie bywają na koncertach.

M.K.: Czy to jest dla nich męczące? A może jest to już przyzwyczajenie, coś, co ma stałe miejsce w ich kalendarzu?

M.B.: Nie, nie jest męczące. Czasem oczywiście się nudzą, w zależności od utworu. Ale często słuchają z żywym zainteresowaniem. Wizyty w filharmonii lubią jeszcze z jednego powodu: w holu sprzedawane są książki. Chłopcy wiedzą, że zawsze coś od dziadka dostaną, i są skłonni czekać cały koncert, aby dostać wypatrzoną książkę.

M.K.: Wartościowe jest to, że czekają na książkę…

M.B.: Jana, starszego, trochę przymuszamy do czytania. On najchętniej czyta książki czterdziestostronicowe. Tak, by się za wiele nie namęczyć. Natomiast dwaj młodsi wnukowie ledwo się nauczyli czytać, zaczęli po prostu pochłaniać książki. Jeden w ciągu dnia przeczytał 240 stron. Zależy mi, aby umieli wiele rzeczy, aby byli erudytami.

M.K.: Czy widzi Pan u nich jakieś indywidualne zdolności?

M.B.: W żadnym z nich nie odkryłem jakiejś cechy geniuszu (choć dziadkowie z reguły odkrywają…). Muszę przyznać, że jestem wobec nich bardzo krytyczny i staram się nie wpadać w euforię. Aczkolwiek myślę, że oni sporo wiedzą. Nie umiem tego jednak porównać z ich koleżankami i kolegami.

Jeden z bliźniaków w wieku pięciu lat tak naśladował Michaela Jacksona, że w przedszkolu zorganizowano mu specjalnie pokaz tańca. Mówię to obiektywnie, ten taniec był perfekcyjny. Drugi kocha aktorstwo. Mówienie wierszy.

M.K.: Czyli lubią pokazywać się na scenie. Lubią być podziwiani.

M.B.: Starszy jest bardziej powściągliwy, bardziej wycofany. Teraz startowali w konkursie recytatorskim ,  zajęli trzecie miejsce. A bliźniak dostał nagrodę publiczności.

M.K.: To chyba najuczciwsza nagroda.

M.B.: Tak sadzę. Bardzo bym się cieszył, gdyby mieli jakieś zdolności matematyczne. Starszy jest w klasie uważany za najlepszego matematyka, ale dla mnie jego umiejętności to nic szczególnego. Z dwóch bliźniaków jeden jest wyraźnie bystrzejszy, jeśli chodzi o matematykę, i może coś z niego będzie.

M.K.: Czy jest więc nad nimi coś w rodzaju presji matematycznej?

M.B.: Chodzi mi głównie o nauczenie ich logicznego myślenia. Chłopcy biorą udział w różnych szkolnych konkursach. Właśnie przygotowuję ich do konkursu przyrodniczego, pod nazwą „Świetlik”. Są też turnieje tenisowe, które organizuje pozaszkolna sekcja, a także zawody pływackie. Rodzice mają lekkiego fioła na punkcie konkursów i musimy ich troszkę hamować, bo co jakiś konkurs, to dzieci startują.

M.K.: Czy poza szkołą chodzą na jakieś dodatkowe zajęcia?

M.B.: Tak, wszyscy chodzą na tenis, na pływanie, starszy chodzi na szachy, ponieważ go zapisałem i za to płacę. Młodsi jeszcze nie chodzą na szachy, bo są za słabi. Muszę z nimi rok poćwiczyć.

M.K.: W szkole mogą sobie wybrać różne zajęcia?

M.B.: Tak, mają tam szycie, gotowanie i inne. Naszym zdaniem oni są nawet czasem przemęczeni.

M.K.: Czy nie jest tak, że bez tych zajęć byliby nieznośni w domu?

M.B.: Z całą pewnością tak, utrzymanie ich w ryzach byłoby praktycznie niemożliwe. Dlatego dobrze jest ich zmęczyć. Muszą jednak być zachowane proporcje, zwłaszcza jeśli chodzi o konkursy.

M.K.: Nie można być we wszystkim dobrym. Pływanie, tenis, wiersze, konkursy biologiczne. Czy chodzi o naukę przegrywania?

M.B.: Poruszył pan ważną kwestię – tak, uczę ich również przegrywać. Robię im na przykład konkursy. Mają problem z zaakceptowaniem przegranej, oczywiście przegrany się obraża, nie chce grać dalej itp. Chcę być sprawiedliwy. Staram się więc wymyślać takie zabawy, aby nie zawsze ten sam wygrywał. Jest to dość męczące zajęcie, ponieważ wymaga wiele przygotowań. Muszę opracować scenariusz gry, wymyślić pytania, zastanowić się, co nam będzie potrzebne – np. kartki, kredki czy inne akcesoria… Niektóre gry można oczywiście kupić, ale niektóre wymyślam sam. Czytam im również opowiadania, a potem ich z nich przepytuję. Każdy za poprawną odpowiedź zdobywa punkt.

Kiedy byli młodsi, opieka nad nimi była prostsza i mogliśmy brać do siebie wszystkich trzech. Teraz jest to trudniejsze – chociażby strasznie dużo jedzą i gdy są u nas, moja żona niemal nie wychodzi z kuchni. Przeszliśmy więc na inny system, to znaczy bierzemy ich rotacyjnie i staramy się dać każdemu z nich jak najwięcej. Kiedy są razem, są rozproszeni. W pojedynkę każdych z nich jest ideałem.

M.K.: Czy odważył się już Pan zabrać ich wszystkich lub jednego na jakiś wspólny męski wyjazd?

M.B.: Tak, Janka. W ogóle, każdy z nich osobno jest do rany przyłóż. Problem pojawia się, gdy są razem.

M.K.: Czy ma Pan jakiś limit wytrzymałości?

M.B.: Nie, ponieważ prowadzę ich bardzo świadomie, można powiedzieć, metodycznie. Wybieram sobie w tygodniu jakiś dzień, w którym któregoś z chłopców odbieram ze szkoły. Po lekcjach jedziemy do domu, jestem z wnukiem całe popołudnie i wieczór, idzie spać. Wstajemy rano, zawożę go do szkoły, odbieram znowu o 14, przywożę do domu i jesteśmy razem. Kładzie się spać i następnego dnia zawożę go do szkoły i zostawiam. Chłopca odbierają rodzice. Takie dłuższe wizyty pozwalają mi na realizację założonego programu.

M.K.: Jest Pan przygotowanym i aktywnym dziadkiem

M.B.: To prawda. Jestem zwyczajnie egoistą. Myślę sobie, że kiedy będą starsi, nie chciałbym jako dziadek odbierać sygnałów o kłopotach z nimi. To jest bardzo egoistyczne… Mamy dobrą więź. Wiedzą, że jestem dziadkiem surowym, ale chyba mnie lubią.

M.K.: Ja odnoszę raczej wrażenie, że to jest bardziej hedonistyczne niż egoistyczne, tylko Pan nie mówi tego na głos. Wygląda na to, że przebywanie z wnukami jest dla Pana po prostu frajdą.

M.B.: Oczywiście, że tak. Ja mam duszę dydaktyka.

M.K.: Czy są jakieś powiedzonka wnuków, które weszły do codziennego użytku?

M.B.: Tak. Kiedyś mój wnuk powiedział do mnie: „Zły dziadek”, bo na coś się nie zgadzałem. Jednak od tego czasu, a to powiedzonko funkcjonuje już u nas dwa lub trzy lata, kiedy na coś mu nie pozwalam, śmieję się do niego, mówiąc: „No widzisz, zły dziadek”. On na to robi swoje „uff hmm buu hmm”, ale rozumie i w końcu zaczyna śmiać się razem ze mną. Ten starszy kiedyś nas pięknie podsumował. Moją żonę i mnie. W jakiejś sytuacji ustalania czegoś, związanej z różnicą zdań, powiedział do mojej żony: „No, widzisz, niełatwo jest być żoną polityka”. Nie wiem, skąd mu się to wzięło, ale trafił idealnie w moment.

M.K.: Czy są jakieś widoczne różnice w temperamencie pomiędzy chłopcami?

M.B.: Tak, ten starszy jest pilny i uważny. Natomiast bliźniacy, gdyby mogli, to by rozsadzili klasę. Bez przerwy przynoszą jakieś uwagi.

M.K.: Jest Pan bardzo stanowczy w ocenie.

M.B.: Takie są fakty. Lepiej je dostrzegać, niż udawać, że wszystko jest OK.

M.K.: Czy chłopcy mają świadomość tego, że ich dziadek nie jest taki zwykły?

M.B.: Tak, mają. Oni mają jakąś minimalną orientację w polityce. Słyszą rozmowy przy stole. Są przyzwyczajeni do tego, że widzą zarówno mnie, jak i syna, który jest ekonomistą i często wypowiada się w telewizji. Chyba uważają, że to jest normalne, ta obecność w mediach.

M.K.: Jakieś plany na wakacje?

M.B.: Tak. W tym roku chcę pojechać ze starszym wnukiem na tydzień do Zakopanego. Powinien zobaczyć góry latem, nie tylko zimą na nartach. Będziemy chodzić do schronisk.

M.K.: Jak zwykle dużo będzie Pan wymagał. Do schroniska trzeba dojść.

M.B.: Tylko tak można docenić uroki gór. Ale to będzie raczej wyzwanie dla mnie, niż dla niego.

M.K.: Jest Pan dziadkiem bardzo poważnie podchodzącym do edukacji. Czy był Pan już z wnukami w Centrum Kopernika?

M.B.: Tak, mamy tam wszyscy wykupiony roczny abonament i lubimy tam bywać w miarę dostępnego czasu.

M.K.: Sądzę, że Pańskie wnuki są szczęściarzami, mając tak zorganizowanego i zdeterminowanego edukacyjnie dziadka.

M.B. Coś mi się zdaje, że częściej uważają mnie za „złego dziadka”, jednak te chwile, kiedy jest inaczej, warte są każdego wysiłku.

M.K.: Panie Marszałku, dziękuję za rozmowę.