Pomysł był banalny: babcia zabiera dwoje wnuków (Hanię i Kubę) do teatru na przedstawienie dla dzieci p.t. „Dzień dobry Świnko”, akurat dla 3- i 5-latków. Wszyscy będą zadowoleni: dzieci, bo będą miały przeżycie (Hania pierwszy raz w teatrze), babcia, bo z nimi pobędzie i się nacieszy ich radością, a rodzice, bo będą mieli kilka godzin dla siebie.  Pytam mamę Kuby, jako bywalca teatralnego, czy był na tym? Nie. Tego nie zna. No, to świetnie.

Zaczęło iść jak z płatka: bilety zarezerwowane przez Internet, ale trzeba odebrać do następnego dnia po drugiej stronie miasta. Hm…, ale przecież były mąż i aktualny dziadek mieszka obok teatru – odbierzesz? Oczywiście.

Dwa tygodnie później. Sobota.

Rodzice Hani biorą sobie dzień wolny od dzieci: Dostaję zatem Hanię i jej starszego brata Janka od popołudnia, z nocowaniem. Janek jest na to przedstawienie za duży, więc zostanie w domu z dziadkiem. Przy okazji odbędzie cotygodniowe męki w postaci lekcji gry na pianinie.

Hani partner do teatru – drugi wnuczek Kuba – ma być odbierany z domu w centrum o 16.45, bo teatr zaczyna się 17.30.

Acha, potrzebny będzie drugi fotelik do samochodu. Już od piątku przypominam, żeby mi ten fotelik dla Hani dostarczyć. Rano tata przywozi fotelik. Super. Tylko jeszcze raz przypominam, żeby dzieci były u mnie o 16.00, bo jedziemy po Kubę. Jasne, mamo będą, ale przyprowadzi je druga babcia, która dyżuruje z nimi w ciągu dnia. Ok., to jej powiedzcie. Jasne, Pa, pa.

Kręcę się po domu, działam. Przy nabieraniu wody do podlewania kwiatów coś tam trzaska w kręgosłupie: dysk. Boli przy ruchach. Jak ja będę wsadzać dzieci do fotelików?! Biorę środek przeciwbólowy. Pomaga.

Przed południem wpada mama Kubusia. Kuba skarżył się na ból ucha i jest z tatą na ostrym dyżurze w szpitalu. Zobaczymy. Acha, a o 14.00 ma kinderbal u kolegi, ale jak będzie zdrowy, to się wyrobimy. Umawiamy się na sygnał na telefon.

Zbliża się 16.00. Nikogo. 16.15 – nikogo. Nie chcę dzwonić do tej drugiej babci i poganiać, bo mi niezręcznie, nie chcę wyjść na jakąś piłę. Janek ma mieć muzykę o 16.30. Ciągle nikogo. Telefon – dzwoni tatuś i pyta czy wszystko gra. No niezupełnie, bo dzieci ciągle nie ma. Aa, to ja zaraz dzwonię do tamtej babci; tatuś dzwoni jeszcze raz – Idą, już są niedaleko. Czekamy. Dzwoni mama Kubusia. Kuba zdrowy, chyba udawał ból ucha, żeby nie iść na ćwiczenia aikido – już czekam pod domem. Ale ja nie mam jeszcze tutaj Hani! Zaczekaj lepiej z Kubą w domu – zadzwonię jak będziemy podjeżdżać. Okej.

16.30 – są! Razem z panem od muzyki. Jak to, mieliśmy być o 16.00? – dziwi się tamta babcia. Nic o tym nie wiedziałam. Do teatru idziecie? Ojej, a Hania ubrana byle jak, gdybym wiedziała… Poza tym strasznie kaszle, jest przeziębiona….

Decyduję się jechać z zasmarkaną Hanią. Podjeżdżamy po Kubusia., który mówi: „Właśnie się zastanawiałem, czy Hania nie będzie nam przeszkadzać w czasie przedstawienia.” Odpowiadam, że i owszem, bo kaszle.

Kuba całą drogę opowiada jak, czym i z kim będzie walczył. Na moje nieśmiałe pytanie, czy nie moglibyśmy porozmawiać o czymś innym, odpowiada, że on musi  o walkach, bo z kolegami tak trzeba rozmawiać, inaczej nie będą się z nim przyjaźnić. Ha, poniekąd słusznie.

W teatrze jesteśmy wcześnie, jeszcze nie wpuszczają do środka. Ale bufet otwarty i Hania już pyta o lizaki. Nie, nie kupujemy, mamy ze sobą batoniki. A ile? A czy takie same? Kuba widzi programy i od razu stwierdza, że on już to widział. Trudno, obejrzysz jeszcze raz.

Wchodzimy na salę. Jeszcze pustawo, ale dzieci zagospodarowują te naście minut skacząc po odchylanych fotelach. Plus batony. Picie – potem, żeby nie było siusiania. Hania pokasłuje cały czas. Podcieram jej też nos. Przed nami usadawiają się dwie rodziny z maluchami. Zaczynają coraz bardziej nerwowo reagować na Hanine kasłanie. Najpierw znacząco na mnie patrzą, chrząkają, potem, zaczynają pod nosem mruczeć: jak można, to nieodpowiedzialne…, z chorym dzieckiem… słyszę wokół pokasływania innych maluchów, ale pary z rzędu przede mną słyszą tylko Hanię. Coraz głośniej na mnie nastają, żebym wyszła. Czuję się okropnie, palą mnie policzki ze wstydu, bo mi urągają i cały czas myślę, kto ma rację, czy mam wyjść, czy zostać. Zostaję. Oni wychodzą i moszczą się gdzieś z boku. Jeszcze długo pieką mnie policzki. Hania przestaje kasłać. Przed nami radośnie siadają z bobasem inni rodzice, którym Hania niestraszna.

Długi rozbieg – wchodzi Pan Guliwer i zachęca do przychodzenia do teatru. Hania u mnie na kolanach, a Kuba siedzi na oparciu, żeby coś widzieć. Mijają minuty, Guliwer przynudza, dzieci się kręcą.

W końcu gong. I gaśnie światło. Hania w ryk: boi, boi, chcę do domu! Udaje mi się ją z trudem uspokoić, bo na oświetlonej  scenie pojawiają się kukiełki: miś i tygrysek. Treść nie warta opowiadania, nie słychać najlepiej. Kuba  coraz bardziej sobie przypomina, że już to widział i coraz głośniej się nudzi. Hania: Babciu, siusiu. No jasne. Przeciskamy się do wyjścia, siusiamy i powrót znowu przez kilkanaście kolan. Hani nie udaje się wciągnąć w akcję, Kuba rzęzi już z nudów.

Decyduję – wychodzimy. W tym momencie, dzięki Bogu, zaczyna się przerwa.

Idziemy do samochodu. Kuba: -„Mnie się podoba tylko jedno przedstawienie – Batman”. Hania łaskawsza, mówi, że pójdzie jeszcze raz z babcią i Kubą do teatru.

No, nie wiem……