„Nie jestem zwolenniczką uczenia dzieci wszystkiego już od poczęcia…”

Paulina Holtz, znana aktorka telewizyjna i teatralna nie opowiada nam ani o pracy nad kolejnym spektaklem, ani o jej roli w „Klanie”. Zapytaliśmy ją o jej wielką miłość: o dzieci.

Maurycy Korsak: Ma Pani dwie córki…

Paulina Holtz: Tak. Starsza ma pięć i pół roku, a młodsza skończyła cztery lata.

M.K.: Czy bywają takie momenty, że widzi w nich Pani siebie?

P.H.: Czasami ale przede wszystki

 obserwuję w życiu rodzaj magicznej powtarzalności. Mam film z moim tatą bawiącym się na trzepaku, chyba z 1941 roku, oraz filmy z mojego dzieciństwa a teraz mogę oglądać nagrania moich córek, które się wygłupiają. Niesamowite jest to, że wszyscy mamy nieomal taką samą motorykę, ekspresję i ruchy. Wystarczyłoby podmienić twarze, aby odnieść wrażenie, że jest to jedna osoba. Ewidentnie widać jakiś mocny łańcuch genetyczny.

Nie wracam jednak do miejsc z dzieciństwa, gdzie takie wrażenia byłyby pewnie silniejsze. Problem z tymi miejscami jest taki, że wiele z nich stało się własną karykaturą. Takim straszydłem są na przykład niegdyś puste i ciche Dębki. Szukamy więc innych destynacji, podróżujemy więcej po świecie.

Są ludzie, którzy jeżdżą 30 lat z rzędu na wakacje w to samo miejsce, a my wolimy zwiedzać różne miejsca. Ja zawsze część wakacji spędzałam nad morzem a część w Tatrach, ponieważ mój tata chodził po górach i uwielbiałam ten nasz wspólny czas.

M.K.: A córki widziały już Tatry?

P.H.: Nie, jeszcze nie.. ich tata nie bardzo lubi góry piesze wędrówki. Zresztą były jeszcze trochę za małe, żeby mieć z tego frajdę. Ale jestem pewna, że nadejdzie taki moment, że będzie to dla nich przyjemność. Nie jestem zwolenniczką uczenia dzieci wszystkiego od kołyski więc dopiero w tym roku pojadą w zimie nauczyć się jeździć na nartach.

M.K.: Dużo Pani pracuje?

P.H.: Tak.

M.K.: Jak to jest z czasem dla dzieci?

P.H.: Jest bardzo różnie. Specyfika mojej pracy polega na tym, że czasem tygodniami mam wolne, a później kiedy mam próby, przedstawienia, wychodzę na całe dni. Czasem też jadę gdzieś ze spektaklem, wtedy nie ma mnie w domu przez kilka dni.

M.K.: Czy Pani zdaniem córki odczuwają jakiś brak mamy?

P.H.: Zawsze jest tak, że po wakacjach spędzonych razem troszkę im mnie brakuje, zresztą i ja odczuwam tę tęsknotę, ale po jakimś czasie to się normuje. Dziewczyny są otoczone kochającymi osobami – tata, dziadek, babcia, niania. Nie mają więc poczucia samotności ani braku czułości czy miłości.

M.K.: Czy starsza córka zaczyna już mieć jakieś konkretne zainteresowania?

P.H.: Moje córki są skrajnie różne. To jest niesamowite, że dzieci z tych samych rodziców,wychowujące się w tym samym domu mają tak różniące się podejście do świata. Tosia, czyli starsza, jest gadatliwa, wszechobecna, wszystko ją interesuje. Jest rozwinięta, dojrzała, ma olbrzymi zasób słów, już czyta. Książka zawsze była bardzo ważnym elementem jej życia, uwielbia różne opowieści. A Marcyśka, cóż… jej też się książka nieraz przydawała, ale do rzucania po ścianach… Marcysia jest bardziej introwertyczna. Skupiona. Nieśmiała ale za to niezwykle sprawna fizycznie. Kompletnie inny typ. Tosia kiedyś mówiła, że będzie pisać bajki, a teraz chce grać w orkiestrze. Na co Marcyśka twierdzi, że w takim razie ona będzie solistką.

M.K.: Czy w Państwa domu jest obecna muzyka klasyczna?

PH.: Tak. Prababcia dziewczynek, czyli mama mojej mamy zrobiła im taki cudowny prezent – podarowała im komplet książeczek z płytami muzyki klasycznej oraz opisami kompozytorów, od Bacha do współczesności. Tośka lubi Vivaldiego, bo do niego świetnie się "tańczy baletowo". Opowiadamy dziewczynom o dźwiękach. Tosia postanowiła grać na skrzypcach, odkąd zetknęła się z nimi w przedszkolu.  Dostała więc skrzypce od mojej przyjaciólki w prezencie i zobaczymy, czy ten zapał jej nie minie.

M.K.: Czy ta nauka wynika z niespełnienia jednego z rodziców w tej materii?

P.H.: Rzeczywiście, mój partner ogromnie żałuje, że jego rodzice nie zmusili go, gdy był mały, do nauki gry na fortepianie. Teraz chciałby grać a nie potrafi. Jednak nasze doświadczenia nie mają tu nic do rzeczy. Nie chcemy dzieci do niczego zmuszać. Pokazujemy jedynie mnogość możliwości pilnując aby nie ogarniał ich za każdym razem słomiany zapał. Jedyną rzeczą, której nie odpuścimy jest nauka języków obcych. One mają być obywatelkami świata, muszą doskonale znać kilka języków tak aby mogły pracować tam gdzie chcą. I tu zdecydowanie wychodzi mój kompleks, że niestety swój zawód mogę z powodzeniem uprawiać jedynie w Polsce. 

MK.: Czy córki mają już jakieś rozeznanie geograficzne? Czy jeśli gdzieś jedziecie, interesują się tym, co mogą tam zobaczyć?

P.H.: Hm… Raczej niewielkie. Takie, że Kraków jest za granicą oraz że Warszawa to państwo. To jest jeszcze taki etap. Oczywiście to się błyskawicznie zmienia.  Mamy globus, więc przed podróżą wszystko im tam pokazujemy. Opowiadamy im ciekawostki o danym miejscu. Ale najważniejsze jest to czego same doświadczą. Świadomość obecności króla i księżniczek w Szwecji robiła na nich wrażenie. 

M.K.: Czy są u Państwa w domu jakieś przedmioty, których dziewczynki nie mogą dotykać?

P.H.: Raczej nie. Ostatnio bardziej prywatne stały się telefony. Tośka nauczyła się już czytać, więc najpierw pokasowałam wszystkie dowcipy, nie zawsze odpowiednie dla dzieci, z folderu zdjęciowego a potem założyłam kod do telefonu i nie ma tam już dostępu. Telefon czasem służy dziewczynom do gier – jest „elementem posiłkowym” w podróży samolotem lub jazdy samochodem. Ale staramy się ograniczac zabawy wirtualne do minimum lub do zera. 

M.K.: A jak to jest z telewizorem?

P.H.: Telewizor stoi u nas najdalszym pokoju. Dziewczynki nazywają go pokojem telewizornym. Bajki, wieczorynkę, zawsze ogląda z nimi ktoś dorosły.  Mamy też bardzo selektywne podejście do programów dziecięcych. Oglądają bajki bez przemocy na kanale dla maluchów albo wybrane dvd.

M.K.: Czy są jakieś przekręcone słowa, które weszły do waszego codziennego słownika?

P.H.: Nie tak wiele. Słowa przekręcała głównie Tosia, a ja sobie te powiedzonka zapisywałam. Takim używanym zwrotem do teraz jest właśnie "pokój telewizorny".

M.K.: Czy Pani córki są ze sobą zżyte? Zaprzyjaźnione?

P.H.: Tak, jest między nimi niezwykła więź. Zawsze wszędzie chodzą razem.

M.K.: Może trzeba je troszkę rozdzielić?

P.H.: Tak, absolutnie. Taki właśnie mamy plan. Chcemy wprowadzić raz w tygodniu popołudnie tylko z mamą lub tatą, ale z jednym dzieckiem. Moi znajomi wprowadzili taki system na jakiś czas i to było fajne. Maluch decydował, co chce robić z danym rodzicem, na przykład: jedziemy tramwajem, potem idziemy na lody, później do muzeum czy kina czy na plac zabaw. Myślę, że to bardzo wspiera budowanie szczególnej więzi między rodzicem a dzieckiem.

M.K.: Czy córki wymuszają zakupy zabawek?

PH.: Niespecjalnie. One same często mówią „O rety, jaka tandeta”. Nie naciągają. Mają własne pieniądze, które dostały od prababci ale jeszcze nie bardzo umieją nimi dysponować. Jak Tosia pójdzie do szkoły to wprowadzimy kieszonkowe. Ja wolę im kupić coś droższego,

 czym będą rzeczywiście zainteresowane i co się nie rozpadanie po tygodniu. Na urodziny zawsze proszę o jeden składkowy większy prezent bo po 1 urodzinach Marcysi kilkadziesiąt prezentów "wydawałam" jej jeszcze przez rok.

M.K.: Mają Państwo w domu jakieś zwierzę?

P.H.: Tak, mamy suczkę. Dziewczynki dostały książki: „Czy mogę pogłaskać psa” i dobrze sobie radzą, żyją ze zwierzęciem w zgodzie. Uczą się obowiązków. Radzimy sobie.

M.K.: Bardzo dziękuję za rozmowę. Jednej rzeczy w życiu się nie wybiera – rodziców. Wygląda na to, że dziewczynki trafiły na bardzo fajnych.