Używki i pokusy wieku nastoletniego

Poniedziałek, godzina zdecydowanie poranna, młody człowiek ze słuchawkami na uszach wsiada do tramwaju by szybciej pokonać drogę do szkoły. Po krótkiej chwili dostrzega wolne miejsce. Przebija się przez innych stojących pasażerów, siada na krzesełku. Z każdym kolejnym przystankiem liczba podróżnych zwiększa się. Młody człowiek zapatrzony w krajobraz zza szyby nuci ze skrywanym uśmiechem jedną z ulubionych piosenek. „Czuje się wiosnę w powierzu, to może być fajny dzień, pomimo tego, że poniedziałek …” – pomyślał. Najwyraźniej pomyślał o czymś jeszcze, bo skrywany wcześniej uśmiech stał się dobrze widoczny dla innych pasarzerów. Nawet jeden z nich odwzajemnił przyjazny grymas. „Aż miło, a klasówka jakoś pójdzie, lepiej - gorzej, aby do przodu …”. Promienie słońca przedarły się przez brudną szybę i chwilowo oślepiły młodego człowieka. „Kurcze, coś mnie tu gniecie, ktoś mnie gniecie w ramię torebką” – pomyślał i spojrzał na potencjalnego napastnika. Była nim kobieta w wieku mocno dojrzałym, ale za młoda by mogła nazywać się mianem staruszki. Miała starannie wykonany makijaż, włosy spięte w kucyk a na paznokciach gustowny odcień czerwieni. Nie powiedziała nic, choć dalej wbijała swoją wyglądającą na makrową torebkę. Młody człowiek odwrócił spowrotem wzrok by móc dalej zza szyby podziwiać uroki  Stolicy. „Ah ta dzisiejsza młodzież, zero szacunku dla starszych, tylko piją, palą i przeklinają a kultury nie ma ich kto nauczyć!” – powiedziała ”napastniczka” niby do stojącego obok nieznajomego, ale zerkając co raz na młodzieńca. ”Na malowanie paznokci i makijaż to mają czas, ale na naukę to już nie” dodała inna pasażerka patrząc na stojącą obok nastolatkę. „Dobrze, że to mój przystanek” – pomyślał młody człowiek. Wstając z miejsca, dostrzegł koleżankę o różowych kosmykach, która jeszcze przed chwilą była bohaterką „rozmów w podróży tramwajem”. Przywitał się z nią, zdjął białe słuchawki i dał buziaka w policzek a wychodząc razem z nią zapytał o samopoczucie przed klasówką z matematyki …

Właśnie, jaka jest ta „dzisiejsza młodzież”? Czy rzeczywiście pozbawiona kultury osobistej, ubierająca się nieco ekstrawagancko, mająca plany jedynie na piątkowy wieczór a zaoszczedzone pieniądze z kieszonkowego wydaje jedynie na alkohol i kosmetyki? Niejednokrotnie przeciętny nastolatek usłyszał „za naszych czasów tego nie było; młodzi mieli inne marzenia i perspektywy”. Czy tak naprawdę „te czasy” zmieniły się na tyle, że młodzi ludzie szukają nowych doznań jedynie w substancjach czy innych rzeczach powszechnie uznawanych jako zakazane czy trudnodostępne. Zapytałam o to moją mamę. Nie raz przy okazji wspólnych spotkań wspominała o okresie, kiedy miała te naście lat. Mówiła o pitym winie „patykiem pisanym” w kultowych już „musztardówkach”, całonocnych rozmowach w gronie przyjaciół o książkach, muzyce, artystach w tak odległych wtedy krajach, ale też o ubraniach szytych własnoręcznie, by choć przez chwilę poczuć się tak, jak jeden z nich. ”Hipnotyzował nas głos Janis Joplin a gitara Jimi’ego Hendrix’a elektryzowała” – wspomina mama. „Nie łatwo było dostać płyty „Zeppelinów” czy Pink Floyd’ów (…) spotykaliśmy się w domach, bo lokale były zamykane po godzinie policyjnej”. Później mówiła o cenzurze, zabawnych historiach szkolnych, ale też o idolach, których „pokonały narkotyki”. „Za naszych czasów też to było, może troche mniej, ale większość już w liceum znała smak wina czy papierosów”. Może za sprawą podobnych nastoletnich wspomnień, obecni rodzice młodych ludzi zastanawiają się, ile tak naprawde przez te kilkanoście lat zmieniło się w tym, w jaki sposób chcemy wyrazić swoją niezależność, brak granic i kontroli czy zwyczajnie móc czerpać z życia „całymi garściami”?  Gdzie kończy się granica między próbowaniem i doznawaniem różnych rzeczy a zaczyna się brak kontroli nad życiem mojego dziecka? Jako rodzice zaczynamy być nieufni i sprawdzjący. Ale nie tylko szukamy informacji na temat tego, jak rozpoznać czy moja nastoletnia córka czy syn palą marihuanę, ale również niewinnie przeszukując garderobę czy plecak. Tu pojawić się może pierwszy dylemat: zaufać mojemu dziecku, które przecież tak dobrze znam czy kontrolować często naruszając przy tym jego prywatność i intymność. A może znaleść złoty środek w słowach głoszonych przez Józefa Stalina „ufaj, ale kontroluj”? A jeśli już kontrolować to w jaki sposób?

Jedne z pierwszych zagrożeń, o których myślą rodzice nastoletnich dzieci to najczęściej używki. Tu wachlarz możliwości jest duży, począwszy od papierosów, alkoholu a kończąc na narkotykach. Obecnie szacuje się, iż jedną z najbardziej kuszących i łatwodostępnych używek są papierosy. Młodzi ludzie sięgają po nie z różnych powodów, takich jak ciekawość, chęć bycia zakceptowanym czy zauważonym w gronie rówieśników. Często do zapalenia pierwszego papierosa nasze dziecko zostaje namówione na imprezie czy prywatce. Warto zauważyć, iż pierwszorazowymi palaczami tytoniu nie są jedynie dzieciaki tzw. zaniedbane wychowawczo, ale również te, które oceniaja swoją rodzinę jako spójną i partnerską. Pytane o to, dlaczego skusiły się na „pierwszego dymka” mówią raczej o spontanicznej próbie niż planowanym zakupie paczki papierosów. Tłumaczą, że przez jakiś czas palenie papierosów było dla nich jedynie okazjonalne a z czasem przerodziło się to w przyzwyczajenie. Raczej nie mówią o tym w kontekście uzależnienia, częściej usłyszymy „palę, bo lubię”. W porządku, ale co zrobić kiedy przypadkowo bądź nie, znajdziemy paczkę papierosów w rzeczach dziecka?  Pierwszym odruchem może być rozmowa z nim na ten temat. Jednak jej celem nie powinien być wykład na temat zagrożeń wynikających z palenia tytoniu, bo nie można zapominać, że często rodzice sami są palaczami i tego typu rozmowa mogłaby być odebrana w kategoriach „tyle wiesz na ten temat a sam palisz”. Raczej warto skupić się na takich aspektach, jak wysoka cena paczek papierosów, nieprzyjemny zapach nie tylko z ust, ale również ubrań i dłoni oraz trudościach z zachowaniem kondycji fizycznej i urody. Ważne jest też to, by móc się dobrze przygotować do takiej rozmowy od strony merytorycznej. Nie zawsze skuteczne w przypadku początkujących palaczy bywają dobrze znane hasła umieszczone na paczkach papierosów. Może gdyby obok znajdowały się zdjęcia uszkodzonych i zniszczonych przez nałóg organów tj. płuca wieloletnich zwoleninów tytoniu, procent kupujących papierosy nastolatków zmiejszyłby się? Tego nie wiem. Wiem jednak, że każdy przekaz nacechowany emocjami (nie bez znaczenia jest tu jakość, siła i zabarwienie emocji) jest lepiej zapamiętywany, niż ten który nie miał takiego tła. Dlatego też warto w tego typu rozmowach używać argumentów, które mają znaczenie i mogą wywołać jakąś reakcję emocjonalną dla konkretnie naszego dziecka a nie tylko dla ludzi w ogóle. Choć i to nie daje 100% gwarancji na to, że nasza pociecha już nigdy nie sięgnie po kolejnego papierosa.

Ale wróćmy do spotkań towarzyskich, w których niejednokrotnie uczestniczy nasze dziecko. Tam obok papierosów pojawić może się kolejne niebezpieczeństwo w postaci alkoholu. W polskich pubach czy kawiarniach ma ono minimalny wymiar, ponieważ w większym czy mniejszym stopniu przestrzega się zakazu sprzedaży używek osobom nieletnim. Jedak na prywatkach czy imprezach organizowanych często w domach, zakaz ten często już nie obowiązuje. Nie jest to kwestia opieki osób dorosłych, ponieważ w większości przypadków rodzice dostają „przymusowy nakaz wyjścia” tegoż wieczoru do kina czy na kolację. A wiadomo, gdy kota nie ma, myszy harcują. Zaskakujące jest jednak to, że nagle okazuje się, iż w plecaku czy torbie każdy zaproszony gość ma „małe conieco” na rozluźnienie sytuacji. Zazwyczaj nie jest to jeden rodzaj alkoholu. W przekroju możliwości znajdzie się niejedna powszechnie znana marka piwa czy nawet wódki. Przy okazji rozlewania owych trunków, pojawiają się rozmowy na temat preferencji smakowych czy historie związanych z wcześniejszym spożywaniem alkoholu. Łatwo zatem wywnioskować, że większość młodych ludzi miało już styczność nie tylko z walorami smakowymi, ale i konsekwencjami spożywania tej używki. Jak mówią, alkohol jest na tyle łatwo dostępny, iż bez większego problemu można go kupić. Przyznają, że jest on głowną używką na różnego rodzaju spotkaniach towarzyskich. Zapytani dlaczego tak jest tłumaczą, że po piwku czy kieliszku ludzie stają się rozluźnieniu, bardziej rozmowni, śmielej poruszają pewne temty oraz stać ich na troszkę wiecej szaleństwa niż zazwyczaj. Śmiało przyznają, iż alkohol często wyostrza ich poczucie humoru i dodaje im odwagi. Zaskakujacy może być jedynie fakt, że spora grupa nastolatków, już w liceum zna swoje „granice” dotyczące możliwej maksymalnej ilości spożywania danego alkoholu na prywatkach czy koncertach. Najczęsciej ocena ta wynika z osobistych doświadczeń, kiedy to młody człowiek nie pamięta zbyt dobrze drogi powrotnej do domu czy najzwyczajnie zatruł się na studek zbyt dużego stężenia alkoholu we krwii.  Wielu rodziców owych nastolatków podejmuje z nimi ten temat. Nie łatwo jest jednak przekonać młodego człowieka by odmówił proponowanego mu na imprezie drinka. Dlatego też większość z nich nie zabrania wprost całkowitego spożywania trunków alkoholowych a raczej apeluje do rozsądku dziecka. Mówią o konsekwencjach, jakie mogą pojawić się w wyniku jednorazowego spożycia alkoholu w nadmiernej ilości. W tym miejscu pojawiają się odniesienia do wstydu, braku kontroli swojego zachowania i nie tylko do kaca w znaczeniu fizycznym, ale też i moralnym. Czy te argumenty są skuteczne? Najczęsciej tak, jednak warto pamiętać, że każdy z nas najlepiej uczy się na własnych błędach, a nie na błedach znajomych czy rodziców. Nasze doświadczenia mogą być skarbnicą wiedzy, ale nie muszą.

No dobrze, a co z powszechnym przekonamiem, że papierosy i alkohol coraz częsciej wypierane są przez narkotyki? Wielu rodziców potrafi zaakceptować to, że ich nastoletnia pociecha na prywatce wypije jedno czy dwa piwa, ale kiedy w grę wchodzą nielegalne substancje takie, jak marihuana czy amfetamina pojawia się u nich niepokój. Często wynika on z braku wiedzy nie tylko o tym, jaka jest dostępność tych środków psychoaktywnych w kręgach młodych ludzi, ale też sposobie oddziaływania na nich. Bo przecież nadal w ogólnym przeświadczeniu, narkotyki kojarzone są z uzależnieniem psycho-fizycznym już po pierwszym zażyciu. Czy faktycznie tak jest? I tu pojawia się miejsce na jedno z ulubionych powiedzonek psychologów – „to zależy”. Zależy to przede wszystkim od rodzaju substancji psychoaktywnej oraz od częstości i ilości jej używania. Aby ten temat stał się choć troszkę jaśniejszy dla przeciętnego rodzica, sięga on najczęściej do największej i najpopularniejszej skarbnicy wiedzy, czyli internetu.  Z łatwością znajduje tam opis i sposób, w jaki dana substancja może potencjalnie oddziałowywać psycho-fizycznie na ich dziecko. Zacznijmy od marichuany. Zaliczana jest do grupy kanabinolów, czyli substancji naturalnie wystepujących w konopiach indyjskich, rzadziej choć występuje również w postaci syntetycznej. Dalej możemy przeczytać, że w kręgach młodzieżowych jest ona zazwyczaj nazywana „maryśką”, „gibonem”, „trawką” czy „jointem”. Wynika to z samej formy używania tego narkotyku. Najczęsciej pali się suche, rozdrobnione liście i kwiatostany żeńskiej konopii w postaci robionych papierosów, w fajkach czy tzw. fifkach. W opisach efektów po zażyciu marihuany znaleść możemy takie objawy jak, wyostrzenie doznań zmysłowych, podwyższony nastrój, poczucie euforii, zawyżona ocena swoich możliwości, poczucie zrozumienia sensu rzeczywistości, wielomówność, rezonowanie na tematy pseudofilozoficzne a czasem napadowy śmiech. Dodatkowo pojawiją się informacje o doznaniach polegających na zmianie percepcji czasu, odleglości i czasu. Kolejno zaciekawiony zagadnieniem rodzic, czyta na temat substancji psychostymulujących inaczej zwanych pobudzających. Po chwili już wie, że do tej grupy zalicza się między innymi amfetaminę oraz jej pochodne, kokainę i kofeinę.  Ich działanie jest zazwyczaj euforyzujące i zmiejszające odczuwanie zmęczenia. Często powoduje również poczucie jasności myślenia oraz spostrzegania, co może wpływać na zwiększenie sprawności umysłowej i fizycznej. Przyjmowanie tych substancji ma znaczenie również na zmiejszenie łaknienia, odczucie zwiększonego popędu seksualnego a nawet zmiejszenie lęku społecznego. Na końcu wiemy już, że nasza pociecha może zażyć te substancje doustnie, przez błonę śluzowa nosa, dożylnie lub przez wdychanie dymu lub oparów. Wertując dalej materiały dotyczące narkotyków, nasz rodzic znajduje informacje na temat substancji halucynogennych, środkach nasennych i uspokajających, opiatach oraz lotnych rozpuszczalnikach. Najczęściej „rzuca tylko na to okiem”, bo przecież „mojego dziecka to nie dotyczy”. Po takiej lekturze zastanawia się jednak nad tym, jak wyglądał mój nastolatek, kiedy wrócił z piątkowej imprezy. Czy jego ubrania śmierdziały dymem?  Jeśli tak, to jakim? A czy jak pytałam o to, czy impreza była udana jego mowa była zamazana i nieskładna? Nagle rodzic przypomina sobie o tym, że syn czy córka zaśmiała się z czegoś, ale jakoś tak nieadekwatnie. I jakoś tak szybko ucieł do swojego pokoju. Nawet nie napił się soku, jak ma w zwyczaju to robić po powrocie do domu. Pojawia się niepokój a wraz z nim kolejne pytania. Czy moje dziecko wróciło trzeźwe do domu? Kurcze, nie wiem! Czy to świadczy o tym, że jestem złą matką? Że nie dość dużo poświęcam czasu i uwagi mojemu dziecku? Ale jak wróciło to spałam już. Wstałam tylko po to, żeby je zobaczyć. Właśnie, i co zobaczyłam? Tylko to, że jest cały i zdrowy. Ale czy na pewno wrócił cały i zdrowy? W obliczu tych wydarzeń rodzic skupia się raczej na realnym zagrożeniu.  Postanawia, że całkiem przy okazji rozejrzy się, czy w rzeczach rozsądnego przecież dziecka, nie znajdzie się torebeczka z suszonymi zielonymi listkami o charakterystycznym zapachu lub z białym proszkiem albo też małych kolorowych pigułeczek ze śmiesznymi wybitymi wzorkami. Jedak zaraz po tym, zadaje sobie pytanie: po co moje dziecko miałoby zażywać narkotyki. Przecież na stronach internetowych piszą o poczuciu braku akceptacji, chęci bycia zauważonym, kimś wyjątkowym, potrzebie przynależności do danej grupy społecznej, szukaniu samego siebie. Wniosek z tego, że po dragi sięgają tylko ci, którym poświęca się za mało czasu i troski. Ci, którzy na tle innych czują się mniej atrakcyjni czy wręcz gorsi, tak? Czy w takim przypadku moja nastoletnia pociecha ma szanse na to, by sięgnąć po joina?

Ale czy zagrożeniem mogą być jedynie używki? W pewnym wieku pojawia się również fascynacja i ciekawość drugiego człowieka. Początkowo polega ona na chęci poznania go, rozmowach o wspólnych pasjach, czytanych ostatnio ksiązkach czy filmach, jakie właśnie ukazały się w kinach. Jednak z czasem uczucia te mogą wskoczyć na wyższy poziom. Zwykła symaptia nagle przeradza się w zauroczenie, które kolejno może stać się zakochaniem. Nagle nasz młoody człowiek zaczyna bacznie obserwować swoje ciało. Znaczenia nabiera to, co ubiera, w jakiej kondycji jest jego cera czy zeszłoroczne buty a na jego półce obok dezodorantu pojawia się też flakonik perfum. I jakoś częściej przed wyjściem z domu pyta czy dobrze wygląda. Nagle rodzic uświadamia sobie, że od jakiego czasu nastolatek troszkę więcej opowiada o nowopoznanych ludziach. Szczególnie o jednym z nich. Mówi o podobieństwach między nimi i o tym, jak fajnie spędzają razem czas. Wie nawet jaki ma kolor oczu oraz to, co go bawi i fascynuje. Mówi o wspólnym wypadzie do kina i piątkowej prywatce, na której ta osoba też będzie. Uważny rodzić szybko zauważy, że sprawa zaczyna być poważna. Że to kino i wieczorny spacer z psem zaczynają mieć inny wymiar i znaczenie. Tu pojawia się wątpliwość, czy to już czas na rozmowę o „tych sprawach”? Badając grunt pod nogami, nieco nieśmiało pytają młodego człowieka o szczegóły tej znajomości w nadzieji, że to jeszcze nie teraz. Niby od niechcenia, tak całkiem przypadkiem dopyta o piątkowe plany na wieczór. Sprawa okazuje się zdecydowanie nawet bardziej niż poważna. Ale jak to powiedzieć, wyjaśnić na czym to polega? Tak wprost czy jakoś tak od innej strony? No coż, nikt za nas tego nie zrobi. Rozmowa jakoś się toczy. Rodzice nawet są mile zaskoczeni ogromem wiedzy swojego dziecka na temat intymności i seksu a nastolatek tym, że rodzice w ogóle podjeli ten temat. Choć i tak w części przypadków za późno. Nasz młody człowiek już jakiś czas temu poznał smak pierwszego pocałunku. Tak duża dawka nowych i fascynujących doznań z tym związana skłoniła go do tego, by posunąć się o krok dalej. Nagle okazuje się, że nie było to takie straszne a nawet przyjemne. Fajnie jeśli pierwsza inicjacja seksualna jest przemyślana i wyczekiwna. Jeszcze lepiej jeśli przeżywane podczas niej emocje i doznania są świadome i dzielone z kimś, kto w jakimś stopniu jest dla nas waży i wyjątkowym. Jedanak nie zawsze tak jest. Czasami intymność doświadczana jest przez młodych ludzi jedynie z ciekawości, z niechęci do bycia postrzeganym jako ten, co jeszcze jest „przed” a nie już „po” czy jako dowód na to, że jestem równie atrakcyjny i lubiany jak ci, którzy w powszechnym przekonaniu są aktywni seksualnie. Nie jest to łatwe, ponieważ często pozbawione jest to swoistej „magi” i nauralności. Poczucie pewnego rodzaju „przymusu społecznego” odbiera to, co jest najpiękniejsze w zbiżeniu dwojga ludzi. Dlatego też takiej formie intymności towarzyszą również wspomniane już alkohol czy narkotyki. I tu pojawia się miejsce dla naszych troskliwych rodziców. To często od nich zależy, jak seks i drugi człowiek będzie postrzegany przez syna czy córkę. To oni swoją postawą, miłością i szcunkiem wobec siebie, modeluja w nich wartości, które pozwolą aby mogli stworzyć satysfakcjonującą a zarazem ciekawą i pełną miłości relację partnerską. Ważne by intymość pokazać im jako coś cudownego i wyjątkowego a nie jako produkt drugiej kategorii.

A jeśli wkraczany już w kwestie intymności, to zazwyczaj łączy się ona z postrzeganiem fizyczności i poczuciem własnej wartości. Dla jednych wyznacznikiem ludzkiego piękna jest jego „bogate wnętrze”, zaś dla innych modelki rodem z paryskich wybiegów. Nie chodzi tu wcale o piekną i nieskazitelną cerę a o całokształ sylwetki. Zainteresowanie własnym ciałem zazwyczaj zaczyna się niewinnie. Początkowo polega to na obserwacji tego, jak ono zmienia się. Następnie pojawia się etap porównywania. W pierwszej kolejności są to „modele” najłatwiej dostępni, czyli znajomi. Ukradkiem zauważamy, iż najlepszpa koleżanka nie tylko nosi już stanik, ale że jest on o dwa rozmiary większy od mojego. To właśnie ta koleżanka jakoś częściej zaczepiana jest przez kolegów ze starszych klas. Nawet ostatnio mówiła o tym, że była z jednym z nich w kinie. A ja? Co prawda też byłam na tej fajnej komedii w multipleksie w zeszłym tygodniu, ale z rodzicami. Wnet wszystko zaczyna układać się w jedną całość a w głowie naszej nastolatki rodzą się zależności i wątpliwości. Bardzo szybka dedukcja daje efekt w postaci przekanania, iż ludzie atrakcyjniejsi fizycznie są bardziej lubiani, przez co ich życie towarzyskie jest ciekawsze i bardziej ekscytujące. Pojawia się chęć posiadania takiego życia. Nagle ważne staje się to, z kim i jak często spędza się czas nie tylko w szklole, ale i po lekcjach. Nasza młoda dziewczyna, a może już kobieta, w pośpiechu wraca do domu. Tam przegląda się w lustrze i  postanawia wprowadzić kilka zmian. 1. Będę bardziej towarzyska, 2. Będę częściej śmiała się z dowcipów nawet tych, które wedłóg mnie są głupie, 3. Kupię sobię kilka bluzek i jeansy, 4. Zrezygnuje z jedzenia kolacji by pozbyć się tego okropnego celulitu na udach i tłuszczyku na brzuszku. Jak pomyślała, tak też zrobiła. Zmieniła swoją postawę wobec siebie i ludzi. Zapełniła szafę nowymi ciuchami, zrezygnowała z wieczornych posiłków. Nastolatka poczuła radość z tego, że wiele w jej otoczeniu się zmienia. Sama może decydować o tym, jak wygląda. Nawet Michał zaprosił ją nie tylko do kina, ale też na prywatkę i studiówkę. Czuła się fajna, lubiana a przede wszystkim atrakcyjna. W sklepie internetowym, znalazła idealną wymarzoną sukienkę na bal. „Michał padnie z zachwytu, kiedy mnie w niej zobaczy” – pomyślała. Poprosiła o pieniądze rodziców, wspólnie wykonali przelew na sklepowe konto i czekali na przesyłkę. Kiedy paczka z sukienką pojawiała się w domu, nastolatka natychmiast  przymierzyła ją. Stanęła ponownie przed lustrem. W biuście ok, biodra też w porządku, tylko ten paskudnie wystający brzuch. Nie zmartwiła się zbytnio. „Na śniadanie połówka grejfruta, na obiad dwie grzanki i popołudiowy jogging powinien załatwić sprawę – zacznę pilnować tego, co jem”. I znów, jak pomyślała tak zrobiła. Dwa lata później, nasza bohaterka nadal liczyła zjadane kalorie, jednak już nie sama. Pomagają jej w tym rodzice, dietetyk i lekarz. Buntuje się, bo w jej oczach nadal wszystko kontroluje. Nadal uda nie są takie, jak powinny być a na pupę patrzy z obrzydzeniem. „Jestem tłusta jak świnia!” – krzyczy przy wspólnym posiłku, gdzie zjedzenie różyczki brkuła stało się dla niej nie lada wyzwaniem. Rodzice obwiniają się. Chcieliby cofnąć czas, tak by mogli poświęcić więcej uwagi i troski swojej córce. „Wtedy mogliśmy jeszcze coś zmnienić; teraz skupiamy się przede wszystkim na przeszukiwaniu mieszkania w poszukiwaniu schowanych porcji jedzenia”.

„My też nie zareagowalismy w odpowiednim momencie” – mówią inni rodzice. Nasz syn nigdy nie był nazbyt towarzyski. Zazwyczaj wracał ze szkoły, zjadł coś i siadał przed monitorem. „Myśleliśmy, że komputer pomaga mu w nauce i rozwijaniu swojej sportowej pasji. Przyszedł jednak taki czas, kiedy treningi koszykówki zostały zastępione przez wirtualne zabijanie przeciwników”. Podobnie jak w wyżej opisanym przypadku, początki nie wskazywały na to, że dzieje się coś niepokojącego. Poszukiwanie niezależności i poczucia bycia w czymś dobrym a nawet lepszym od innych, znalazły odbicie w grach komputerowych. W sieci można wirtualnie poznać ludzi, dla których nie liczy się to, jaką nasz nastolatek włożył dziś bluzę czy jakie ma oceny z matematyki. Dla grona tej społeczności wyznacznikiem „bycia fajnym” jest liczba punktów zdobytych w danej misji a czasami i broń, jaką można kupić za odpowiednią ilość pieniędzy. Często jednak nie są one przyznawane za pomysłowe rozwiązanie jakiegoś naukowego czy logicznego problemu, zaś za ilość zabitych przeciwników. Czasami są nimi gangsterzy, ale czasami są mieszkańcami innych planet czy żywymi trupami (zombi). Celem takiej kategori gier jest zabijanie. Oczywiście w słusznej sprawie, bo przecież ratujemy naszą planetę przed zagładą lub miasto przed ogólnie pojętym złem.Przesłanie natomiast jest jedno, musisz zabijać by przeżyć i zostać bohaterem. Rodzice często bagatelizują problem, bo tak naprawde nie wiedzą jakie treści zawarte są w owych grach. Widzą znaczki zamieszczone na opakowaniach, ale najczęściej jeśli nie jest to 18-tka na czerwonym tle uznają, że ta konktertna gra jest bezpieczna dla mojego dziecka. Warto jednak poświęcić temu troszkę więcej czasu. Dokładniej przyjżeć się ostrzeżeniom umieszczonym na okładce. Poza oznaczeniem wieku, można na nich znaleść piktogramy, które informują nas, jakie treści są zawarte w danej grze. Jeden z nich przedstawia rysunek zaciśniętej pięści. Nie trudno domyśleć się, że wskazuje on na elementy przemocy. Inny zaś prezentuje trzy postacie, gdzie jedna z nich zamalowana jest na czarno a dwie pozostałe są białe. Patrząc na ten symbol trudno go rozszyfrować. Może chodzi o możliwość grania z innymi? Nic bardziej mylnego! Piktogram ten przestrzega o zawartych w grze treściach mające charakter dyskryminacyjny. Podobne niejasności mogą pojawić się z odczytaniem tych, na których prezentowana jest strzykawka czy pająk. Rozsądny zatem rodzic, przy zakupie kolejnego prezentu gwiazdkowego w postaci gry komputerowej, powinien przygotować się do tego. W przeciwnym razie, całkiem nieświadomie, może podarować swojemu dziecku rozrywkę, która jak najbardziej jest ciekawa, ale przy tym nasycona wulgaryzmami i przemocą. Warto również zainteresować się tym, czy rozłożone na biurku książki i zeszyty nie są jedynie przykrywką dla kolejnej godziny poświęconej na wirtualnym „ocaleniu świata przed zagładą”. Ale czy gry komputerowe to jedyne wirtualne zagrożenie? Oczywiście, że nie! Innym, choć równie atrakcyjnym, wirtualnym złodziejem czasu są portale społecznościowe. To one poprzez swoje możliwośći nie pozwalają nam odejść na dłuższą chwilę od monitora. Z łatwością można zamieścić na nich nie tylko swoje zdjęcia z wakacji, ale też adres i numer telefonu.  Opcjonalnie do rzeczywistej rozmowy na czacie, można również napisać swoje przemyślenia czy inne treści na tzw. wall’u. Do tych treści może mieć dostęp praktycznie każdy użytkownik internetu. No coż, „dla chcącego, nic trudnego”. Czasami młodzi ludzie piszą o tym, jaki trudny był dla nich dzisiejszy dzień, że nastrój jakiś taki do chrzanu albo że Julita z równoległej klasy to kłamczucha i głupia dziewucha. Łatwiej przecież napisać to na partalu, gdzie i tak większość kolegów to przeczyta, niż wdać się w osobistą konfrontacje. Lekko przychodzi też pisanie o sekretach czy słabościach innych znajomych anieżeli szeptanie tego samego po szkolnych korytarzach. Nie trudno stać się stronniczym i niesprawiedliwym za pośrednictwem monitora. Jakoś tak łatwiej o tym pisać, kiedy jest się w swoim pokoju, niż powiedzieć to publicznie. Dlatego też warto monitorować nie tylko odwiedzane przez naszego młodego człowieka strony internetowe, ale również to, kim staje się on w sieci. Może nie warto kolejny raz powtarzać, że „fejs” to głupota a zalogować się na nim i dodać swoje dziecko do listy znajomych. Dzięki temu masz większą szanse by lepiej je poznać, dowiedzieć się co je dołuje albo jak spędza wolny czas. Warto też pamiętać o tym, że jeśli zdobędziemy się już na taki krok, to warto wcielić się w rolę „znajomego” niż „szpiegującego rodzica”.

Okres dojrzewania nie należy do łatwych ani dla samego dziecka, ani dla jego rodziców. Jest to czas, kiedy młody człowiek zaczyna eksperymentować. Poznaje a zarazem kreuje swój własny, intymny świat. Najważniejszą wartością przestają być rady starszego pokolenia a własne doznania i doświadczenie. Ale aby je zdobyć, niezbędny jest etap próbowania. Początkowo polega on na poznaniu samego smaku i ewentualnego działania. Tak oto pojawia się piewszy łyk alkoholu, pierwszy pocałujnek na prywatce, pierwsze zaciągnięcie się papierosem czy marihuaną. Naturalnym w procesie próbowania jest też aspekt czy to, co teraz poznaję, kręci mnie. Jeśli wrażenia związane z tym są negatywne, najczęsciej nie wraca się już do tego. Choć nie można całkowicie wykluczyć kolejnej próby. Natomiast inaczej toczą się sprawy, kiedy ten pierwszy raz okazuje się nie tylko fajny, ale i przyjemny. Wtedy wkraczamy w kolejny etap wtajemniczenia, czyli nie tylko już jakość lecz również ilość. Nasz nastolatek powoli aczkolwiek sukcesywnie, testuje wtedy swoje możliwości. Kiedy już je odkryje, być może ukłoni się w stronę rodziców. Pomyśli wtedy o tym, że to co mówili wcale nie było przesadzone i kosmiczne. Uświadomi sobie nawet fakt, że mama i tata kiedyś też mieli te naście lat. Ich życie nie polegało wtedy na chodzeniu do pracy i pytaniach „co w szkole?”. Nawet w szufladzie leżą ich wspólne zdjęcia jeszcze z czasów liceum. Widać na nich, że dobrze się bawią i są szczęśliwi. Jednak jak dzieciaki mają o tym pamiętać, jeśli nawet rodzice już zapomnieli? Gdzieś uleciały wspominienia o tym, jak wzorując się na zagranicznych gwiazdach projektowali a nastepnie szyli ubrania. Jak ukradkiem wykradali papierosy i troszke wina domowej roboty z dziadkowych zapasów. I wreszcie, jak byli zakochani i pełni przekonania, że jest to ich czas, że tak jak teraz nie będzie już nigdy!

Nie uchronimy nikogo przed dorastaniem. Najpierw do roli przedszkolaka, póżniej gimnazjalisty który zaczyna mieć swoje zainteresowania, licealisty dla którego weekend nie równa się z rodzinnym wyjściem do galeri handlowej aż w końcu do roli partnera życiowego i rodzica. Bez względu na to, jak dużo pracy i wysiłku włożymy w to, żeby uchronić nasze dziecko przed wszystkimi zagrożeniami z tym związanymi, nie uda nam się to. Możemy prosić, tłumaczyć i uświadamiać, czemu nie. Ale pozwólmy przy tym aby nasze dziecko nauczyło się myśleć. Nie tylko o własnych przyjemnościach, ale też o możliwych konsekwencjach. Niech ono choć raz na jakiś czas zdecyduje samo, czy chce się ich podjąć. Zaufajny zatem naszym dzieciom i spróbójmy spojrzeć na to, o czym mówią ich oczami. Niech piątkowa prywatka nie oznacza dla nas rozpusty i pijaństwa a to, że będą tam fajni ludzie. Jasne, alkohol, papierosy i być może narkotyki też. Jedak samo to, że są nie jest równoznaczne z tym, że skuszą naszego młodego człowieka. A nawet jeśli? Spróbujmy nie oceniać a zrozumieć. Jeśli moja pociecha wróciła spóźniona do domu i w dodatku wyczuwalna jest od niej woń alkoholu, spróbujmy nie oskarżać i nie wysówać często mylnych a przy tym krzywdzących wniosków. Warto może uwierzyć w to, że faktycznie było tak super, że straciła poczucie czasu. Faktycznie to może tylko jedno piwo a nie trzy. Warto słuchać swoje dzieci. Ale nie tylko ich głosu, ale też przekazu. One wbrew pozorom bardzo dużo mówią o sobie. O tym co lubią, czego się boją czy czego im brakują. Oczywiście informacje te często kodują. Trudno jest nastolatkom mówić i nazywać wprost to, czego oczekują od swoich rodziców. Liczą się z tym, że przez to mogą ich zranić, bo wymagają zmiany ich sposobu myślenia czy spostrzegania pewnych spraw. Dlatego też często upychają te treści gdzieś tam, między wierszami.  Rozsądny i mądry rodzic to nie taki, który potrafi je wszystkie znaleść, rozpoznać i jeszcze wprowadzić w życie. To raczej taki, który podąrza za swoim dzieckiem i jego potrzebami. Co za tym idzie, akceptuje w pełni również to, że ono dorasta. Buduje swoją autonomię i poczucie wartości. Ważne jest to, by wspólnie z nim wykonać choć projekt tego budynku. Aby na każdym jego piętrze znalazły się drzwi z napisem „wyjście awaryjne – jestem z tobą i dla ciebie”. Najważniejsze jest jednak to, by te drzwi były zawsze otwarte a codzienne wymówki i usprawiedliwienia nie stały się dla nich skuteczną blokadą nie do przejścia. Dlatego też na każdym etapie tej budowy starajmy się być partnerem a nie tylko dyrektywnym szefem. Proponujmy naszym młodym ludziom to, co jest dla nich atrakcyjne a nie to, co takim było kilka lat temu. Nie złośćmy się o to, że zaniedbuje swoje domowe obowiązki na rzecz kolejnej godziny przed komputerem czy spotkaniu towarzyskim. Jeśli chcemy spędzać czas z naszymi nastolatkami a dzięki temu lepiej je poznać, nie bójmy się pytać. Niech one same podpowiedzą wam rodzicom, jak robić to skutecznie. Czym zachęcić do tego, by zjeść wspólnie obiad albo zwyczajnie porozmawiać o tym, że przy okazji przygotowywania rzeczy do prania, rodzic znalazł w rzeczach dziecka torebeczkę z „podejrzaną substancją”?

Celowo pisząc ten tekst nie podaję gotowych rozwiązań. Nie znalazły się tu schematy jak i kiedy porozmawiać z dzieckiem o tym, że dojrzewa. Umyślnie również dotykam jedynie tych tematów a nie rozkładam na czynniki pierwsze. Dlaczego? Ponieważ to bardzo trudne. Nie stanowi dla mnie problemu przedstawienie tu ogólnych założeń i metod wychowawczych. Jedak po co to robić, jeśli wasze dziecko nie jest „przeciętnym nastolatkiem” a konkretną Kasią czy Krzysiem. Jakie w takim świetle ma znaczenie mówienie o tym, że na podstawie wykonanych kiedyś tam i gdzieś tam badań, zaobserwowano, że ponad połowa nastolatków powyżej 19-tego roku życia przeżyła już swoją pierwszą inicjację seksualną? Dla każdego rodzica ważne jest tu i teraz, jeśli w grę wchodzi ich pociecha a stawką jest jej szczęście. Indywidualne podejście zarówno do siebie, swojego partnera a przede wszystkim dziecka zwiększa szanse na to, by osiągnąć zamierzony cel. Podejrzewam, że dla większości rodziców jest on wspólny. Chcą aby ich dzieci wyrosły na mądrych, fajnych i szczęśliwych ludzi. Problem jednak polega na tym, że ta mądrość, bycie fajnym i szczęśliwym dla każdego oznacza coś innego. Co za tym idzie, cenione są inne wartości i umiejętności. Nie komplikując już, kochajmy swoje dzieciaki. Kochajmy tak, jak kochamy innych naszych bliskich. Kochajmy za głupoty, jakie robią, za dobre słowo, za to że kupią kwiatek na dzień matki. Ale też za to, że nie zawsze robią to, co jest rozsądne i pozbawione błedów. Zaufajmy im i pozwólny na smakowanie życia poprzez własne doświadczenia i percepcję. Nie bójcie przyznać się przed samym sobą, że wasze dziecko „też da radę”. Ważne tylko by miało ono mądrych i fajnych rodziców, bo „ czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”.

Literatura:

  1. Bilikiewicz, W. (1992). Psychiatria. Podręcznik dla studentów medycyny. Warszawa: Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich.
  2. Butcher, J., Carson, R., Mineka, S. (2005). Psychologia zaburzeń. Vol. 1. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.