Karol w USA

Cześć. Jestem Karol. Mam dopiero pięć miesięcy, mówić jeszcze nie umiem, ale przecież każdy wie, że w tym wieku dzieci są już bardzo inteligentne, dużo myślą i wiele wiedzą. Dlatego doszedłem do wniosku, że wszystko to, czego dziś jeszcze nie umiem powiedzieć, będę pisał. A okazja ku temu trafiła się wyśmienita, ponieważ moi szaleni rodzice wymyślili, że wyjedziemy na wakacje.

Na wakacje… Przecież ja JUŻ mam wakacje! Siedzę w domu, śpię, kiedy chcę, jem kiedy chcę (taka formuła all inclusive), noszą mnie, pokazują ciekawe rzeczy, robią głupie miny itp. No, ale rodzice, niby mądrzejsi, bo starsi, doszli do wniosku, że podróże kształcą, więc wyrobili mi paszport oraz wizę do USA i, nie pytając o zdanie, kupili bilet samolotowy. Ponieważ nie zostałem zapytany o opinię, tak jakby konsultacje społeczne w naszym domu nie obowiązywały ani trochę, będę wszystko opisywał w tajemnicy przed nimi, tak by obnażyć wszelkie błędy i wypaczenia, jakie dokonają się w naszej rodzinie podczas tej podróży. Ostrzegam, że będę bardzo krytyczny, ironiczny i sarkastyczny. Żadnego obiektywizmu nie będzie!

Dzień przed

Mam swoją walizkę! Wielka. Właściwie największa. Tata się spakował w taką niedużą na kółkach, mama – widziałem – próbowała wcisnąć swoje ubrania w taką szarą z twardymi ściankami, a mnie dali największą. Trudno mi określić zależność pomiędzy wagą ciała posiadacza bagażu a wagą jego bagażu. To stanowi swoistą zagadkę, bo jeżeli wziąć za wykładnię fakt, że moja walizka jest dwukrotnie cięższa ode mnie, to jeżeli torba taty waży tylko 11 kg, to idąc tym schematem, mojego ojca z domu mógłby wyciągnąć nawet delikatny podmuch wiatru, a przecież widzę, jak wygląda, także wtedy, gdy przed lustrem wciąga brzuch. Dlatego w logiczną całość mi się te dane nijak nie składają.

Uwaga, zapiąć pasy!

Wszyscy rodzice boją się, że lądowanie będzie dla dziecka bolesne, ponieważ zmieni się ciśnienie i zatkają mu się uszka. Nie podejrzewają nawet, że my, maluchy, jedyną rzecz, jaką robimy perfekcyjnie już od pierwszej doby, to ssanie. Ssanie, które wymusza przełykanie, co z kolei przepięknie odblokowuje kanaliki i uszka się nie zatykają. Gdyby rodzice wiedzieli, że my to naturalnie wiemy i robimy (bo przecież krzywdy sobie zrobić nie damy), nie zamartwialiby się faktem, że włączono sygnalizację „zapiąć pasy”, a samolot zaczyna powoli tracić wysokość. Niektórym dzieciom uszy, owszem, się zatykają, ale to wynika tylko i wyłącznie z ich lenistwa i zaniedbania. Niektórym dziewczynkom się zwyczajnie nie chce, a chłopcy chcą za wszelką cenę udowodnić, że da się wylądować bez przełykania, zaś słuchaweczki się nie zakorkują. Uwierzcie mi – wiem, co mówię.

Podczas lotu spałem – trochę na kolanach mamy, trochę na fotelu taty, więc wyspany generalnie byłem, ale biorąc pod uwagę, że lecieliśmy na zachód, to był najdłuższy dzień w moim dotychczasowym życiu i miałem prawo być leciutko zdezorientowany. Przy odprawie paszportowo-celnej pan oficer poprosił mamę i tatę o dotknięcie ręką takiego panelu skanującego odciski palców, a kiedy tata zapytał, czy dziecko też ma to zrobić, ja, nie czekając na odpowiedź, przyłożyłem w ten panel swoją pięścią, raz, a potem drugi i trzeci, bo wydawało mi się, że pan oficer mówił coś o tym, że nie zdążył zeskanować moich linii papilarnych. Chyba że „Could you please, take this kid away or I will not let you in” znaczy coś innego niż prośba o repetę.

Świt nadszedł, więc przestałem się kręcić i gadać, zmrużyłem oczy i zasnąłem tylko po to, aby się obudzić o siódmej trzydzieści. Czasu nowojorskiego tym razem.

Poznajemy Nowy Jork

Poprzedniego dnia było emocjonująco, bo pierwszy raz w życiu widziałem Brooklyn, i to nie ten z przewodników, nie te wszystkie miejsca, o których pisze „Lonely Planet”, tylko takie, które są prawdziwie oryginalne, znane tylko tubylcom i rzeczywiście smaczne. Dlaczego mówię smaczne? Bo jako sześciomiesięczny już człowiek mam na tyle rozwinięte kubki smakowe, że najszybciej i najgłębiej poznaję świat przez smaki. A do tego nasz przewodnik, czyli mój wujek Michał jest szefem kuchni w restauracji i wszystko, co nam pokazywał, krążyło wokoło spraw jedzeniowych. Ja wiem, że ponieważ na razie jem tylko mleko mamy, będzie mi ciężko podyskutować o niuansach kulinarnych, ale zdaję się tu na moją intuicję oraz łut szczęścia, że rodzice zaczną mi dawać normalne jedzenie. W końcu ma się już te sześć miesięcy!

Michał z moją kuzynką Sophie wsadził nas w swój wielki samochód marki Buick i zwiedziliśmy fantastyczne miejsca na Brooklynie. Chodziło o to, aby zobaczyć rzeczywistość niezadeptaną przez turystów i gapiów. Tak jak w Paryżu chodzi się małymi uliczkami, gdzie bistro jedno przy drugim, a każde wypełnione paryżanami, nie zaś obwieszonymi tysiącem aparatów Japończykami, tak tutaj jechaliśmy przez uliczki dystryktów, które zamieszkane były przez Włochów, Rosjan, Chińczyków, ludność czarnoskórą itp. Tak jak powiedział wuj Michał – Brooklyn w tym regionie jest piękny, bo co pięć bloków zaczyna się wręcz inny kraj, inne kolory, inne napisy na szyldach, inny odcień skóry na twarzach mieszkańców. Jak żywy organizm składający się malutkich żywych organizmów, które dzięki matce naturze koegzystują perfekcyjnie mimo swojej różności. Mają jednak wspólny mianownik – żyją na Brooklynie i ci, który potrafią to zrozumieć i docenić, mają wielkie szczęście, bo mogą w pełni z tego korzystać (mówię tu o poznawaniu skrajnie obcych kultur, które są za płotem), a ci, którzy zamykają się w obrębie czterech ulic, cierpią na lokalną klaustrofobię.

Manhattan

Poranki już są zupełnie normalne. Czyli pobudka o szóstej, trochę skakania, a potem przedśniadaniowa drzemka. Muszę w ten sposób sprawę załatwiać, bo rodzice mnie ciągają ze sobą wszędzie, co powoduje, że zmęczony jestem wieczorem bardzo i już żadnej imprezy rozkręcić się nie da. A rano są nowe siły, nowe moce i dużo radości.

Płynęliśmy promem tuż obok Statui Wolności. American dream, wszyscy wstać i do hymnu!

Pewnie można się z tego śmiać, bo ten American dream wydaje się sztuczny i lukrowany, ale to, jakie święci triumfy, jak ludzie wierzą, że Ameryka jest kwintesencją wolności i demokracji, że jest najlepszym krajem pod słońcem i nie ma korzystniejszych rozwiązań, niż te, które znajduje się tutaj, może wprawić w zdumienie. I rzeczywiście sposób, w jaki tubylcy o tym mówią, budzi szacunek. Bo wpoić takie przeświadczenie tylu milionom ludzi, a jeszcze sprawić, by było ono przenoszone wręcz z pokolenia na pokolenie, to naprawdę majstersztyk. Z drugiej strony, skoro Orson Welles był w stanie kilkudziesięciu tysiącom Amerykanów wmówić, że na terenie ich kraju wylądowało UFO i ludzie zaczęli uciekać z domów... Może to kwestia ludzi, a nie tych, którzy nimi rządzą? A może silna koniunkcja tych wypadkowych? Ile zresztą ja mam lat, żeby się o takie rzeczy martwić…

Wracając zatem do rzeczy bardziej przyciemnych, powiem, że Nowy Jork to taki wielki plac zabaw, na którym cały czas pojawiają się nowe dzieci i urozmaicają kocioł z rozrywkami. Samochody trąbią, jakby chciały jeszcze szybciej przegonić czas, który im ucieka, kiedy stoją korkach. Budynki pną się do nieba, i chyba tylko dzięki temu, że są tak bardzo oszklone, promienie słoneczne, odbijając się od ścian, docierają na dół. To trochę wygląda jak dno oceanu, po którym bardzo szybko przepływają ławice, czasoprzestrzeń chwieje się z prawej do lewej i w tym bujaniu życie znajduje sobie strumienie rzeczywistości, która nadaje bieg wydarzeniom. Dlatego warto czasem uciec z dolnego Manhattanu i pojechać trochę wyżej i w bok, gdzie mniej ludzi, mniejszy tłum, mniejszy tumult i świat wydaje się spokojniejszy. Na przykład do Greenwich Village – drogiej i bardzo modnej dzielnicy, w której współczesne trendy designerskie przenikają się z tradycyjną zabudową, gdzie nie uświadczysz sklepów chińskich ani nawet cynamonowych, za to można zajrzeć do bistro w stylu francuskim, kawiarni rodem z Włoch lub w nowoczesnym stylowym wnętrzu zjeść wrapa albo sandwicha i napić się naprawdę dobrej kawy. Trochę ą-ę, ale przynajmniej można uciec do zgiełku.

Droga do Wielkiego Kanionu

Podróżowanie ze mną zmienia tempo przemieszczania się z punktu A do B. W Nowym Jorku właściwie nie byłem powodem opóźnień, ale muszę przyznać, że cały czas coś się działo, obserwowałem mnóstwo zmieniających się rzeczy, więc się nie nudziłem. Jazda samochodem jest natomiast… cóż… nazwijmy to „specyficzna”. Siedzi się na tylnym siedzeniu i patrzy przez tylne okno, i jeżeli nie ma tam gór, to widzi się niebo. Niebo może być fascynujące, lecz przez godzinę, może półtorej. Ale przez cztery? Więc niestety musiałem dać do zrozumienia, że trzeba się mną zająć, że lubię towarzystwo i że nie mam już trzech miesięcy, kiedy przesypiałem całą drogę. Dlatego przeze mnie, przyznaję, nie dojechaliśmy do Wielkiego Kanionu tego dnia, którego zaplanowali moi szanowni rodzice. Trochę marudziłem, trochę było mi za ciepło, trochę za bardzo wiało, trochę znudziła mnie żyrafka, którą mama przytroczyła do nosidełka i tak w ogóle to jestem w takim wieku, że potrzebuję dotyku rąk mamy lub taty, kiedy nie śpię. Doszedłem do wniosku, że rodzice powinni się liczyć z moimi głębokimi potrzebami, więc wymuszałem regularnie co dwie godziny zatrzymanie się na kawę (mleczko znaczy) / siku / rozprostowanie kości. Dlatego po drodze widzieliśmy zamek Montezumy, miasto Sedona, które słynie z tego, że otaczają je fantastycznie czerwone góry, trochę przypominające Wielki Kanion, a potem zajechaliśmy do Williams (choć mieliśmy wylądować we Flagstaf), miasta, które żyje tylko z tego, że turyści gdzieś muszą spać przed wyprawą do Kanionu. Małe, z tysiącem hoteli i moteli, a co najważniejsze na trasie 66, choć tata mówi, że według niego to ta trasa biegnie gdzieś indziej. Zatrzymaliśmy się w moteliku, na który nawet nie ma co poświęcać chwili, i poszliśmy spać.

Wielki Kanion

Wielki Kanion nie na darmo nosi nazwę wielki, gdyż rzeczywiście jest wielki. Na mój mały rozumek to jest niewyobrażalne. Pojawił się trochę niespodziewanie, bo droga do niego jest w miarę płaska i nie zapowiadała dziury w ziemi o głębokości czasem nawet dwóch kilometrów. Jedzie się tam spokojnie, przez okolicę, rzecz by można, wiejską – krowy, stacje benzynowe i kilka hotelików. Nic ciekawego.

Kiedy dojeżdża się do parkingu, nadal nie widać tego, po co tu wszyscy przyjeżdżają. Tak jakby miało być to dla wszystkich niespodzianką.

– No to dojechaliśmy – powiedział tata, który od rana był tym wyjazdem nakręcony, gdyż wcześniej ogłosił, że teraz są tylko trzy rzeczy, które chciałby zobaczyć podczas wyjazdu. Wielki Kanion, Sekwoje i winnice w Napa. Pierwszy punkt z jego listy już za chwilę miał się ukazać naszym oczom.

Załadowaliśmy się do mojej karocy, ułożyłem się jak turecki Basza i dałem się powieźć do wejścia. Nadal nie widziałem Kanionu, co spowodowało mój lekki niepokój, bo skoro kanion jest jednym z niewielu naturalnych tworów widocznych z kosmosu, a ja, według wszystkich zapewnień rodziców, byłem od niego jakieś sto metrów, to nie tylko powinienem go widzieć, ale być jego częścią i też być widziany z kosmosu. A tu, zamiast kosmicznych wizji były krzaki i jakieś kamienie.

I dopiero po tym, jak tata z mamą pogadali z sympatycznym panem Rangersem (swoją drogą to dość śmieszne imię), spomiędzy krzaków wyłoniła nam się ogromna dziura w ziemi.

Staliśmy tam, patrząc w dół i podobnie jak około pięć milionów ludzi rocznie otworzyliśmy paszcze w geście, który tutejsi ludzie werbalizują dźwiękiem „łaaaał”.

Dobra, kanion jest wielki. I kolorowy. Strasznie głęboki, tak głęboki, że w tym miejscu gdzie pierwszy raz go zobaczyliśmy, nie miał dna. Światło padało na kolorowe kamienie, tworząc fantastyczną mozaikę odcieni ciepłych barw, a warstwowe ułożenie geologiczne ziemi przydawało temu wszystkiemu majestatycznego ładu. Mimo poszarpanych wzniesień i zawiłości koryta rzeki Kolorado wszystko było takie poukładanie. Trochę mi ten kanion przypominał góry, tylko tak jakby ktoś je odwrócił do góry nogami (to jest śmieszne, bo przecież góry nie mają nóg!), a potem ukradł całą ich zawartość. I oglądanie Kanionu to tak jak stanie u podnóża pasma gór i patrzenie na szczyty, tylko w dół. W końcu różnica pomiędzy podstawą a szczytem (w tym wypadku dnem) to prawie dwa tysiące metrów! Tak patrzyłem na to wszystko i przyznam, że zafrapowałem się nieco, bo choć to cud natury, zdałem sobie sprawę, że gdy podrosnę, nie będę pamiętał nawet najmniejszego kamyczka z tej wycieczki, nawet jednej chmurki z obłędnego nieba, jakie górowało nad Kanionem. Dlatego z całych tych emocji zmusiłem mamę do nakarmienia mnie i ułożyłem się do snu w wózeczku.

Wielkie sekwoje

Wjechaliśmy do parku sekwoi. Amerykanie mówią, że mają tam największe drzewo na świecie, a dopiero potem dodają, że chodzi o objętość, a nie o wysokość. Może właśnie dlatego byłem trochę rozczarowany, bo liczyłem na baaardzo wysokie drzewa. A te były wysokie, owszem, ale nie sięgały nieba, tak jak to sobie wcześniej wyobrażałem. Były za to bardzo grube. Tak grube, że bez problemu mógłbym sobie w nich wygrzebać norkę, zrobić domek i w nim zamieszkać.

Co do samych drzew jeszcze – podobało mi się tam oczywiście, bo słoneczko świeciło, powietrze było takie czyste, a rodzice byli blisko i cały czas się do mnie uśmiechali. To, że miałem inne oczekiwania, nie zmienia faktu, że mi się podobało.

Amerykanie zrobili coś, co jest warte podziwu, a mianowicie sprawili, że wycieczki do parków narodowych w USA to zabawa, przyjemność i rzeczywisty odpoczynek rodzinny. Po pierwsze można kupić roczny bilet wstępu do wszystkich parków, po drugie dzieci (trochę starsze ode mnie oczywiście) mogą zbierać odznaki rangera juniora, ale tylko wtedy je dostają, kiedy wypełnią pewne zadania w danym parku, po trzecie w każdym z parków są specjalne miejsca na piknik – i nawet dziś, kiedy śniegu było po pachy, ludzie siedzieli z dziećmi i jedli kanapki oraz inne smakowitości. Zapewne popularność parków wśród dzieci spowodował Miś Yogi, który żyje w Yellowstone. Ranger dla dzieci to ktoś ważny, warty naśladowania i na pewno bardzo mądry. Dlatego zwracają się do nich nie per „you” tylko per „ranger”. Może i ja będę chciał zostać kiedyś rangerem?

If you’re going to San Francisco...

Bardzo lubię obserwować ludzi. Mogę to robić bezkarnie, bo ufność dziecka, wyrażona właśnie patrzeniem na drugą osobę, jest chyba na całym świecie, w każdej kulturze, postrzegana niezmiernie pozytywnie i przeważnie taki zabieg kończy się uśmiechem ze strony dorosłego skierowanym do mnie. Wzrok dziecka nie ma wstydu, nie boi się oceny i jest czysty. Dlatego obserwuję ludzi, ze specyficznej dla siebie perspektywy – czyli z dołu, i myślę, co w nich się dzieje, że mają takie, a nie inne miny. Kiedy czuję, że coś kogoś trapi i człowiek zawija się we własne myśli, wysyłam mu bardzo soczysty uśmiech, połączony z lekkim pomrukiem (brzmiącym jak „ghyyy”) i wtedy, choć na chwilę, ten człowiek zapomina o swoich troskach i zwraca sto procent uwagi na mnie. Gdyby zrobił to tata, choć wiem, że w dobrej wierze, ludzie potraktowaliby go jak pensjonariusza zakładu psychiatrycznego na zwolnieniu warunkowym, a mnie to nie tylko uchodzi na sucho, ale jeszcze przynosi dobry efekt. Do pewnego momentu będę mógł tak robić, lecz przyjdzie taki czas, że sam zacznę się wstydzić. To będzie moment początku końca mojego beztroskiego dzieciństwa. Ale póki co, wysyłam dziennie około dziesięciu uśmiechów do obcych. Takie małe hobby.

Mosty w San Francisco to poza Alcatraz, najbardziej znany element krajobrazu. Golden Gate, który akurat wtedy, kiedy chcieliśmy go zobaczyć, nakrył się kołderką z chmur, jest krótszy niż Bay Bridge, za to jest ładniejszy, malowany co roku, od dziesiątek lat, przez tę samą rodzinę. Robi wrażenie strażnika miasta od strony północnego wschodu. Bardzo chcieliśmy go zobaczyć w całości z bliska, ale tego właśnie dnia chmury zdecydowały, że nie odpuszczą. Dlatego wszystko wyglądało, jakby ktoś wbił w torebkę foliową z mlekiem jakąś stalową, prostą konstrukcję. Kolor widoczny z takiego bliska na elementach mostu sprawiał wrażenie zbyt ciemnego, ale kiedy jego część zobaczyliśmy w pełnym słońcu, zrozumieliśmy, dlaczego został nazwany Golden Gate.

Mógłbym mieszkać w San Francisco. Spokojnie, w miarę cicho i fantastyczne jedzenie – to wszystko, czego będzie mi trzeba, jak już będę starszy.

Powrót do domu 

Wróciliśmy do Nowego Jorku na dwa dni, a potem wsiedliśmy w samolot do Warszawy i rozpoczęliśmy podróż powrotną. Zawsze na końcu pewnego etapu, a takim niewątpliwie jest moja pierwsza podróż do USA, należą się jakieś podsumowania.

RODZICE – o nich napisałem wiele, ale trzeba przyznać, że byli dzielni. Kiedy pierwszy raz usłyszałem, że chcą mnie zabrać w podróż na drugi kontynent, to te kilka moich włosów na głowie wręcz się zjeżyło. Potem okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Kilka razy mi dokuczyli zbyt dużą ilością przesiedzianych godzin w foteliku samochodowym, ale za to ja im odpłaciłem awanturką w samolocie. Poza tym musieli się nauczyć, że ja się cały czas zmieniam, a fakt, że byliśmy w podróży, nie miał żadnego znaczenia. Mimo to jednak rodziców nie udało mi się ani razu wyprowadzić z równowagi, cały czas nazywali mnie swoim pępuszkiem, a kiedy mama czy tata byli już niemal doprowadzeni do stanu wrzenia, rzucałem im swój szelmowski uśmiech raz lub dwa i to właściwie sprawę załatwiało.

JA – Ja sprawiłem się świetnie. Nie chorowałem, nie byłem męczący, nie zaczepiałem innych w celach molestowania, nie wydałem ani grosza i sprawiałem, że moi rodzice cały czas się uśmiechali. Ponadto w większości wypadków mogli przejść odprawę bagażową szybciej, przy okienku dla VIP-ów, do samolotu wpuszczano ich jako pierwszych, przepuszczano ich w przejściach, otwierano im drzwi i w ogóle mieli ze mną super.

PODRÓŻOWANIE Z MAŁYM DZIECKIEM – Gdybym chciał, byłoby porażką, ale ponieważ daję moim rodzicom tak wiele, jak od nich dostaję, postarałem się wynagrodzić im trud podróży i chęć zabrania mnie ze sobą. Polecam wszystkim rodzicom nierezygnowanie ze swoich podróżniczych marzeń przez nas – dzieci, bo jak pokazuje przykład, przy odrobinie dobrej woli da się podróżować i cieszyć z wycieczki nawet z sześciomiesięcznym, nieopierzonym ssakiem. Trzeba jednak wziąć pod uwagę fakt, i dobrze sobie go wziąć do serca, że nie wszystko to, co się zaplanuje, uda się zrealizować. Poza tym należy traktować mnie, i każdego innego malca, jak trzeciego, pełnoprawnego podróżnika i mieć wzgląd na jego potrzeby – a właściwie, z braku możliwości komunikacji z dołu na górę, antycypować je i dostosowywać plan dnia do nich właśnie. To tak jakby tatę bolała noga i jednego poranka nie mógł zwiedzać miasta. Wtedy zostaje się w domu, zbiera siły, a potem ze wzmożoną mocą wychodzi naprzeciw przygodzie. Gdy widać, że dziecko nie jest tego dnia w formie, należy potraktować to tak samo poważnie jak bolącą nogę taty, bo maluch też ma gorsze i lepsze dni, humor na wędrówkę i na dłuższe pospanie. Jeśli ma się to na uwadze, nie powinno być problemu, co wam mówię z doświadczenia. Jeśli dziecko jest starsze, powinno się dopilnować, by program wycieczki był ciekawy również dla niego, ale ja jestem jeszcze za mały, było mi trochę wszystko jedno, gdzie pojedziemy. Byle być blisko rodziców.

Bardzo wam dziękuję, moi rodzice, że mogłem być w tym domu na kółkach razem z wami przez te ponad trzy tygodnie. I przyjmuję podziękowania od was dla mnie, bo na pewno takie chcielibyście mi złożyć. Bardzo proszę. Na zdrowie.

Teraz czekam tylko na kolejną wiadomość o tym, że wyjeżdżamy, a jeżeli zaaprobuję destynację, to już właściwie nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby wyruszyć w kolejną podróż. No, już się nie mogę doczekać!