Wybraliśmy Maroko z kilku powodów. Kryteria doboru były proste. Ponieważ był koniec września, zależało nam, aby do końca pobytu było ciepło.  Szukaliśmy miejsca, do którego można się dostać w nie więcej niż cztery godziny lotu. Miejsca, gdzie można dolecieć bez przesiadek, co zdecydowanie ułatwia podróżowanie z maluchami. A co najważniejsze, miejsca bez chorób, na które trzeba się szczepić lub innych lokalnych mogących być groźnymi dla młodszej części rodziny. Po rozeznaniu internetowym padło na mało znane miasto nadmorskie Al-Dżadida, a właściwie na malutką miejscowość na południe – Sidi Bouzid, nad samym morzem z piękną plażą.
Przed startem
Pakowanie, co nas zdziwiło, przebiegło bardzo sprawnie. Mieliśmy już za sobą wyjazdy z dwójką dzieci na wieś, na które nie braliśmy chyba tylko kostkarki do lodu. Samochód zawsze był zapakowany do granic swoich i naszych możliwości. Między pieluchami, wózkiem, wanienką, podgrzewaczem do butelek, sterylizatorem, stoma puszkami mleka, kompletem ubrań na rok i siedemnastoma smoczkami dla Marcela były zabawki, hulajnoga, ubrania i inne rzeczy dla Ignasia. To wszystko powodowało, że mieliśmy wszystkiego 10 razy za dużo. Nauczeni tymi wiejskimi doświadczeniami, postanowiliśmy spakować się do Maroko rozsądnie. Po pierwsze, dokładnie dowiedzieliśmy się, co będzie dostępne na miejscu. Najważniejsza była pralka, jeśli jest pralka można prać, a skoro można prać, nie trzeba mieć ze sobą 50 zmian ubranek i ubrań. Po drugie, ponieważ Marcel był już karmiony butelką, musieliśmy dowiedzieć się, jaka jest dostępność różnych mlek na miejscu, aby nie brać ze sobą zbyt wiele. I tak się nie udało. Po trzecie, wiedzieliśmy prawie na pewno, że przez cały czas pobytu będzie ciepło, więc nie musieliśmy mieć ubrań na każdą pogodę. Te i inne detale bardzo pomogły nam w pakowaniu, które oceniam jako rozsądne i sprawne.

Godzina zero
Sama podróż przebiegła bardzo dobrze, Marcel spał w samolocie prawie przez całą drogę, a Ignaś jedynie przy lądowaniu narzekał na uszy. Ponieważ lądowaliśmy w Casablance, a nasz dom był oddalony o 80 km od lotniska, na miejscu czekał na nas wcześniej umówiony kierowca. Tego dnia nie mieliśmy okazji zobaczyć zbyt wiele, było już ciemno, a dzieci były zmęczone drogą. Nawet bez specjalnego rozpakowywania się poszliśmy spać w nieznanym.
Ranek przyniósł pierwsze miłe zaskoczenia. Apteka mieściła się 200 metrów od domu, miała dosłownie 30 gatunków mleka dla niemowląt. Basen dla Ignasia był jakieś 15 metrów od naszych drzwi, a do plaży szło się spokojnym krokiem z wózkiem około 10 minut. Do tego wszystkiego na rogu znajdował się mały sklepik, w którym można było kupić nawet pieluchy na sztuki. Kiedy poprosiłem o całe opakowanie, pan musiał dzwonić do szefa, ponieważ chyba jeszcze nikt nigdy tylu pieluch naraz nie kupował.

Wakacyjna idylla
Tak rozpoczął się nasz pobyt w Maroko. Każdy kolejny dzień utwierdzał nas w przekonaniu, że dobrze wybraliśmy. Marcel spędzał całe dnie na powietrzu, wprawdzie w wózku, ale jednak. Ignaś szalał na plaży lub w basenie i poznał swoją pierwszą sympatię, Yasmin, dla której starał się mówić po francusku, co nas bardzo i cieszyło, i śmieszyło. Wymienialiśmy się z Iloną zabawami, ja zazwyczaj rano chodziłem na spacer z Marcelem, aby Ilonka mogła jeszcze trochę pospać, a ona z kolei starała się zapewnić atrakcje Ignasiowi po południu, ganiając go po plaży i robiąc torty z glonów. Oczywiście chodziliśmy również wszyscy razem. Pierwszy miesiąc był jednak tak ciepły, że Marcel nie mógł być na plaży, na której nie dało się znaleźć nawet pół centymetra cienia. Z tego powodu byliśmy więc zmuszeni rozdzielać się. Ja spacerowałem nadmorską promenadą z wózkiem, a Ilona z Ignasiem szalała na dole. Promenada i plaża miały wspaniałą cechę – były kompletnie puste. Bywały dni, że przez kilka godzin pobytu nie widzieliśmy nikogo. W porównaniu do zgiełku i tłumów ludzi z marokańskich miast i bazarów bardzo nam to odpowiadało.

Między ludźmi
Do miasta z wózkiem wybraliśmy się tylko raz. Slalom w wąskich uliczkach pomiędzy setkami ludzi, wozami z osłami, stadami baranów i rozmaitymi kramami zmusił nas do korzystania z nosidełka. W tej miejskiej dżungli sprawdziło się znakomicie. Ignaś przez pierwszych kilka dni pytał, dlaczego kobiety mają zasłonięte twarze, ale po jakimś czasie zaakceptował to i przestał się dopytywać o różnice kulturowe. Do końca pobytu jednak z uporem próbował się dowiedzieć, dlaczego pięć razy dziennie pan śpiewa. Tłumaczyliśmy mu, że tutaj tak wzywa się ludzi do modlitwy i że jest to ładny obyczaj. Dla niego najważniejsza była jednak muzyka. Po jakimś czasie, w trakcie śpiewu muezina Ignacy próbował go naśladować.
Podczas tego pobytu, chcieliśmy spędzić czas razem. Wszyscy razem korzystając z możliwości, jaka nam się nadarzyła. Mieliśmy świadomość, że jedziemy z noworodkiem, więc od samego początku nastawialiśmy się na pobyt stały w naszym Sidi Bouzid. Oczywiście po dwóch tygodniach okazało się, że nie jesteśmy w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Efekt był taki, że do końca pobytu byliśmy w Marakeszu, dwa razy w As-Sawirze (inaczej: Eoussaoueira), w Casablance, w Oualidii i innych miejscach.
Nie wspomnę ilości wizyt z dziećmi na bazarach rybnych, warzywnych, mięsnych i innych w Al-Dżadidzie. Doszło wręcz do tego, że Ignacy jadał w przyulicznych barach dla taksówkarzy grillowane mięsa i inne lokalne smakołyki. Stał się ulubionym klientem, jedynym europejskim dzieckiem w barze przy drodze do Sidi Bouzid, gdzie podawano grillowaną jagnięcinę i inne pyszności.

Od kuchni
Ponieważ do baru przylegał sklep rzeźnika, na miejscu mogliśmy wybrać sobie dowolną część mięsa do przyrządzenia. Większość osób jadających w tym barze zamawiała szaszłyki z mielonego mięsa jagnięcego, mocno przyprawione kuminem i słodką papryką. Naśladując mieszkańców Al-Dżadidy, postanowiliśmy włączyć tę potrawę do naszego codziennego menu. Ja jednak zostałem raz zaszczycony możliwością spróbowania mięsa z głowy jagnięcia. Powiem wprost – rewelacja. Na grillu stało dużo gotowych „tadzinów”. Moim zdaniem jest to ichniejszy rodzaj fast foodu, ponieważ podawany jest w ciągu dosłownie dwóch minut. Śmiem twierdzić, że był to najlepszy fast food, jaki kiedykolwiek jadłem. Ignacy po tych ucztach ani razu nie chorował. Zachwycał się zapachami, kolorami oraz nowymi dla niego warzywami. O wszystko wypytywał. Widzieliśmy, że chłonie to wszystko całym sobą. Dla niego te wrażenia musiały być wielokroć mocniejsze niż dla nas. Przyswajał jednak każdą nowość w fantastyczny sposób. Do końca naszego pobytu nie było ani jednej sytuacji, która byłaby dla niego stresująca. Marokańczycy mają wspaniałe, pozytywne podejście do dzieci. W końcu każdy maluch, nawet najbardziej zdystansowany, przekona się do nich.

Europejski tata
W miejscu, w którym mieszkaliśmy przez dziewięć tygodni pobytu, widzieliśmy czterech Europejczyków. Może z tego powodu wzbudzałem powszechną sensację, nosząc Marcela w nosidełku lub pchając wózek. Tam nie jest to męskie zajęcie. Przyznam, że często czułem wzrok kobiet, które mnie już minęły, jako że nie mogą patrzeć w oczy obcemu mężczyźnie. Świadomość tego, że się za mną oglądają, była zabawna, zwłaszcza gdy słyszałem tłumione chichotanie. Szybko jednak się do tych śmiechów przyzwyczaiłem. Ilona żartowała, że mam branie albo że opiszą mnie w lokalnej prasie jako jakiegoś wariata z dzieckiem. Przyjechał z Europy i nie potrafi zagnać żony do roboty.

Transport
Nasz pierwszy wyjazd odbył się samochodem wynajętym od poznanego na miejscu Francuza, który spędzał w Maroko swoją emeryturę i naśmiewał się z Europy. Dacia logan okazała się najlepszym samochodem na świecie. Nie dość że miała bagażnik zdolny przyjąć nasze rzeczy, to do tego mało paliła. Do Marakeszu pojechaliśmy na trzy dni z pierwszą turą znajomych, którzy zdecydowali się nas odwiedzić. Pojechaliśmy małą drogą przez rodzaj kamiennej pustyni. Droga była nieciekawa, ale zawsze dawała jakiś pogląd na tę część kraju. Nie ma nawet nic ciekawego do napisania ani opisania, po horyzont brunatna ziemia z kamieniami. Do naszego riadu w Marakeszu poprowadził nas jednonogi taksówkarz. Do tej pory zastanawiam się, jak on prowadził samochód, ponieważ widziałem, że miał manualną skrzynię biegów. Nie wiem, w jaki sposób wciskał sprzęgło, ale po mieście jeździł świetnie.

Oaza spokoju
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, Ilona, dzieci i koleżanka zostały na parkingu. Ja poszedłem szukać riadu w galimatiasie najmniejszych uliczek świata, bez nazw i numerów. Niektóre z nich były przykryte dachami tak, że prawie szurałem głową o czyjąś podłogę. Po jakimś czasie odnalazłem nasz riad. Z zewnątrz wyglądał dość przerażająco. Obdrapane ściany, odpadający tynk, brak okien. Jedynie małe metalowe drzwi z dzwonkiem. Miałem bardzo mieszane uczucia. Jasne jednak było to, że z całą pewnością nie wrócimy tego dnia do domu. Kiedy właściciel otworzył drzwi, moim oczom ukazał się inny świat. Niezwykłe, jak bardzo zewnętrzna skorupa tego riadu różniła się od jego środka. Był mały basenik, czyściutko, wszystko na miejscu. Wygodne marokańskie kanapy przykryte kolorowymi materiałami. Tysiące poduszek.  
Kiedy wróciłem do samochodu, pierwsze pytania, jakie usłyszałem, to co tak długo, no i jak tam jest. Powiedziałem, że da się przeżyć. Chciałem zrobić niespodziankę. Z każdym metrem wchodzenia głębiej w czeluść małych, obskurnych uliczek widziałem, jak na twarzy Ilony pojawia się coraz większa niepewność, potęgowana ciemnością, brakiem ludzi, wielkim upałem i nie najświeższymi zapachami. Ignaś dzielnie szedł za rączkę z Iloną, a ja w duchu się uśmiechałem. Po wejściu do riadu mina Ilony natychmiast się poprawiła. Trudno się dziwić – dysproporcja estetyczna pomiędzy zewnętrzną częścią a wewnętrzną była rzeczywiście szokująca. Do tego wszystkiego byliśmy prawie jedynymi gośćmi, więc mieliśmy większość riadu tylko dla siebie. Na dachu był taras, na którym Marcelek sobie słodko spał, a Ignaś huśtał się na bujanym fotelu. Czekaliśmy na resztę ekipy, która jechała pociągiem z Casablanki. Po ich przyjeździe wszyscy postanowili pójść na spacer na plac Dżamaa al-Fina.
Tego wieczoru ja zostałem z Marcelem, którego podróż dość zmęczyła. Ignacy poszedł z Iloną i podobno był bardzo dzielny. Zobaczył zaklinaczy węży i ich kobry, kuglarzy z makakami i wiele innych nowych dla niego rzeczy. Sądzę, że zapachy prażonych migdałów, grillowanej jagnięciny w kuminie, ryb, świeżych owoców w połączeniu z ciepłym powietrzem bardzo go zmęczyły, przynajmniej na tyle, że całą noc pięknie spał. Marcel klasycznie budził się na butlę, ale do tego byliśmy już przyzwyczajeni, a co więcej, absolutnie na to przygotowani.
Medina
Następnego dnia poszliśmy wszyscy razem do mediny Markeszu. Ja z Marcelkiem w nosidełku, Ignaś za rękę z Iloną. Każde wyjście było przygotowane w sensie jedzenia dla malucha, pieluch, chusteczek, smoka i innych niezbędnych drobiazgów. Wszystko jednak mieściło się bez problemu w niewielkim plecaku, z którym się nie rozstawałem. Bywały takie chwile, że miałem na sobie plecak, Marcela w nosidełku z przodu i Ignasia na barana. To była prawdziwa sensacja dla berberyjskich kobiet, ale i dla mężczyzn, którzy musieli sobie po cichu myśleć, jak ten facet mógł tak ulec żonie. Cała przyjemność po mojej stronie.
Spacerowaliśmy cały dzień. Oglądaliśmy medinę i słuchaliśmy koncertów lokalnej muzyki. Dżamaa al-Fina jest słynnym miejscem, dla mnie, pomijając temperaturę i zapachy, niewiele różni się od Krupówek. Tysiące turystów, a co za tym idzie, równie wielu naciągaczy i handlarzy tandetą. Uważam, że warto to miejsce zobaczyć, ale daleki jestem od wielkich zachwytów na jego temat. Są dziesiątki bardziej autentycznych miejsc w Maroko, dalekich od turystycznego zgiełku, oferujących podróżnym niczym nieskażoną marokańską gościnność.

Autostrada z baraniną
Podróżowanie z małymi dziećmi po Maroko, a w szczególności z niemowlętami jest bardzo przyjemne. Kobiety łapały Marcela za bose stópki wystające z nosidełka, odmawiały nad nim jakieś niezrozumiałe dla mnie islamskie modły. Byliśmy więc spokojni, mały był wielokrotnie powierzony opiece Allaha, a skoro tak, i nam nie mogło przydarzyć się nic niemiłego. I tak się stało, do końca wyjazdu mieliśmy same przyjemne doświadczenia.
Po dwóch dniach pobytu w Marakeszu wybraliśmy się w drogę powrotną. Tym razem jako kierowca zdecydowałem się jechać dłuższą drogą, autostradą. Autostrady są płatne, ale przejazd 80 kilometrów kosztuje mniej więcej dwa i pół euro, a więc nie ma tragedii. Droga jest prosta, równa, ogrodzona i  nie ma na niej permanentnych remontów, jednym słowem jest lepsza niż w Polsce. Do tego są przy niej stacje benzynowe z placami zabaw dla dzieci i pomieszczeniami dla matek. Choć podróż trwała tyle samo, około czterech godzin, jednak zmęczenie było dużo mniejsze. Po wjechaniu na ostatni odcinek mieliśmy małe zderzenie z baranem. Zaskoczyło nas to, ponieważ wzdłuż drogi jest płot. Okazuje się jednak, że nie jest to problem dla pasterzy, którzy wycinają dziury i przeprowadzają swoje stada na pastwiska po drugiej stronie autostrady. Nikt nie myśli o przeprowadzaniu stada przez wiadukty, które stoją co kilka kilometrów. Dziura jest bliżej, no i człowiek mniej się nachodzi.
Nie byłem w stanie zobaczyć barana, ponieważ na prawym pasie jechał wolno TIR, który zasłaniał widoczność. Słowo „TIR” jest tu lekkim nadużyciem. Był to duży samochód ciężarowy zwyczajowo przeładowany ponad swoją nośność. Instynktownie zwolniłem. W ostatnim momencie, przy mijaniu ciężarówki wyskoczył zza niej baran. Bum z baranem. Zdrętwiałem. We wstecznym lusterku widziałem rozpędzony samochód jadący prosto na nas. A my co? A my na lewym pasie, obok TIR, a pod kołami baran. Samochód był tak mały, że nawet lekkie uderzenie spowodowałoby uszkodzenia. A co najważniejsze z tyłu były dzieci, a jak sądzę strefa zgniotu kończyła się na kierownicy. Nie zastanawiając się wiele, dałem gazu, przejechałem po baranie, a przynajmniej po jego zadku. Kiedy znaleźliśmy się na prawym pasie, wyminął na nas nadjeżdżający samochód. Sądzę, że gdybym nie przejechał biedaczka, mielibyśmy większą kraksę.
Nic nikomu się nie stało, samochód wyszedł bez szwanku, ale pasterz miał świeżą jagnięcinę.
Kolejne dni mijały nam spokojnie. Ignaś w rozmowie z babcią podsumował je następująco: „Babcio plaża basen, plaża basen”.


Królestwo ostryg
Kilka dni później zdecydowaliśmy się pojechać do Oualidii, miejscowości słynącej z owoców morza. Są tam farmy ostryg, ale i poławiacze wielkich krabów, które podawane są bezpośrednio na plaży. Siedzieliśmy sobie na pięknej piaszczystej plaży, Marcelek popijał mleczko, a my wraz z Ignasiem wcinaliśmy wielkie kraby, podane z sosem cytrynowym. Lokalni rybacy trzymają je w sieciach zanurzonych w morzu, tak aby były w swoim naturalnym środowisku. Kiedy upatrzą sobie klienta, zapraszają go na brzeg i wyjmują co lepsze okazy z sieci, namawiając do konsumpcji. Jedzenie na plaży jest bardzo przyjemne, szczególnie gdy ktoś podaje takie pyszności.  Plaża była tam dość szeroka. Z morza wystawały poszarpane, ostre jak nóż skały, o które z  hukiem rozbijały się fale, płosząc siedzące na nich stada morskich ptaków. Z rozbijających się fal powstała przyjemna mgiełka, która schładzała rozgrzane powietrze. Po kilku godzinach spędzonych na plaży obaj chłopcy padli w samochodzie. Spali ponad półtorej godziny. Kiedy się obudzili, poszliśmy zwiedzić staroportugalską cytadelę, która znajduje się na liście zabytków UNESCO. Przed wejściem do niej jest główna ulica handlowa, na której Ilona z zamiłowaniem kupowała plecione kosze i kapelusze.

As-Sawira
W następnym tygodniu pojechaliśmy do As-Sawiry. To przepiękne nadmorskie miasto na południu Maroko. Samo miasto jest niewielkie i składa się głównie ze starej, wciąż zamieszkałej i w pełni funkcjonalnej mediny. Restauracje, sklepy z plecionkami, targ rybny, na którym Ignacy dotykał rekinów – całkiem sporych – i innych wielkich ryb. Panuje tam luźna atmosfera ze względu na wielu zwiedzających miasto Europejczyków. Spaliśmy również we wcześniej zarezerwowanym riadzie, w samym sercu tego niesamowitego miasta. Tuż za murami jest wielka, szeroka plaża, gdzie spędzaliśmy przedpołudnia, aby popołudniami cieszyć się spacerami po medinie, murach obronnych, targach, sklepikach, zakamarkach i innych uroczych miejscach. Siadaliśmy sobie na małym placyku, w kawiarence, gdzie Ignaś dostawał świeżo wyciskany sok z pomarańczy, a Marcel spał w wózeczku. Spoglądaliśmy na przechodzących ludzi, ubranych w tradycyjne dżelaby, i słuchaliśmy ulicznych muzyków grających na tradycyjnych instrumentach. W As-Sawirze było nam dość wygodnie, ponieważ mogliśmy tam spokojnie spacerować z wózkiem.
Miasto  przyciąga bardzo wielu miłośników surfingu. Są tam jedne z najsłynniejszych fal na świecie. Byliśmy w miejscu, w którym organizuje się międzynarodowe zawody surfingowe. Znajduje się ono na końcu miejskiej plaży. Surferzy owszem, pływali, ale największym zaskoczeniem była dla nas karawana brodzących w morzu wielbłądów. Widok zupełnie surrealistyczny, na tle pięknego niebieskiego nieba, brodząc w morzu, szła karawana. Zazwyczaj taki obraz kojarzy się z pustynią, a tu proszę, morzem też się da.
Jedynym minusem tego miasta była strona kulinarna. Nie znaleźliśmy żadnej smacznej restauracji. Jest tam rodzaj placu, na którym rozstawione są namioty z owocami morza, tuż obok portu. Oferowane nam ceny bardzo nas jednak rozczarowały i postanowiliśmy nie dać się nabić w butelkę. Dyskusje na temat ceny trwały dość długo. To normalne w Maroko, że wszędzie i o wszystko można się targować. Efekt negocjacji nas nie usatysfakcjonował, więc pośród krzyków niezadowolonego właściciela i jego kelnerów odeszliśmy. W trakcie naszej pierwszej wizyty dwa tygodnie wcześniej jedliśmy w tym samym miejscu za dosłownie jedną czwartą oferowanej nam tym razem ceny. Być może zaczęli odczuwać skutki światowego kryzysu i musieli drastycznie podnieść ceny dań…
Nasza wizyta w As-Sawirze zbiegła się w czasie z końcem ramadanu. Jest to dość niesamowite doświadczenie. Prawie wszędzie siedzą ludzie i grillują w ogniskach rozpalonych na ulicy łby baranów. Do tej pory widziałem w barach gotowane, a później lekko opiekane baranie głowy, ale jeszcze nigdy nie widziałem ognisk w mieście. Smak tego mięsa jest niezapomniany. To chyba najdelikatniejsza część barana. Mnie podawano policzki z małą częścią móżdżku – rewelacja. Jadłem to oczywiście w restauracji. Do dziś nie wiem, jaki jest dokładnie cel opalania tych łbów na ulicy. Z As-Sawiry nie mieliśmy ochoty wracać do domu. Wspaniale się tam czuliśmy. Miasto otoczone jest gajem drzew, z których tłoczy się olej arganowy. Jest to jedyne ponoć miejsce na świecie, gdzie się go wytwarza.

Casablanca
Kilka dni odpoczynku w Al-Dżadidzie i znów na wycieczkę. Pojechaliśmy do Casablanki. Miasto jest olbrzymie i bardzo trudno jeździ się po nim samochodem. Pojechaliśmy tam głównie, aby zobaczyć drugi co do wielkości meczet na świecie. Poprzedni król Maroko miał kaprys i kosztem 700 milionów funtów wybudował monumentalny meczet ze szklaną podłogą, przez którą widać ocean. Tak, meczet stoi częściowo na wodzie. Wszystkie pieniądze pochodziły z darów Marokańczyków. Nie wiem, jak udało im się uzbierać taką kwotę, biorąc pod uwagę, że zarabiają 100 euro miesięcznie.

W tym kraju każdy musi sobie jakoś radzić. Pozostajemy pod wielkim wrażeniem tego miejsca i ludzi. Na pewno tam wrócimy.